niedziela, 4 grudnia 2011

bolesne cv, czyli o życzliwości i szacunku

(tekst wyróżniony przez redakcję w konkursie "Stwórz z nami Wysokie Obcasy")

Osoby, które wirtualnie darzę sporą dozą sympatii, opisały dziś na fanpejdżu jednej z firm sytuację, w której się znalazły ostatnio. Mianowicie, wielki banner na dachu obwieszczał promocję na coś, a w lokalu okazało się, że promocja skończyła się tydzień temu, ale pracownicy lokalu mają problem ze zdjęciem banneru. Firma, o której mowa, jest tą której stanowczo unikam, jak kilku innych molochów. Nie lubię i już. Nie o firmę mi chodzi. Owych niezadowolonych klientów nieco poniosło i niektórzy zaczęli brzmieć naprawdę agresywnie. Zdziwiło mnie to, bo po pierwsze chodziło o pierdołę - mały gratis (albo o zasadę wprowadzania w błąd, no nie?), po drugie dlatego, że nie jestem specjalnie roszczeniowa i staram się jednak sprawy załatwiać inaczej, ale przede wszystkim się zadumałam...

Zaczęłam się zastanawiać, czy mój stosunek do innych, pracujących w usługach, bądź mających po prostu to "szczęście" mieć bezpośredni kontakt z klientem, wynika z tego, że swoje przeżyłam i doskonale wiem, jak to wygląda z drugiej strony? Że może ci, najbardziej roszczeniowi, zwyczajnie nie wiedzą jak działa ten rynkowy mechanizm i nie dociera do nich w kogo uderzy ich agresja?

Jakiś czas temu któraś blogerka chwaliła się, że wkurzona zadzwoniła na jakąś infolinię i choć wiedziała, że nijak to nie zmieni sytuacji, nawrzeszczała na osobę, z którą się połączyła, by, jak to ujęła "przynajmniej się wyżyć". Brawo. Naprawdę brawo.
Takie przykłady można by mnożyć w nieskończoność, więc może Wam coś, Drodzy Czytelnicy, opowiem.

Swego czasu, gdy przymieraliśmy głodem, miałam w domu małe dziecko, zawieszone na kołku studia i zero perspektyw, zatrudniłam się w telemarketingu. To była firma koszmarek. Otwarta przez dwóch młodych ludzi, z których przynajmniej jednemu sodówka uderzyła do głowy, wspaniale korzystająca z tego, że w mieście nie było pracy. Chłopcy zatrudniali ludzi na umowę-zlecenie i płacili prowizje od podpisanych umów. Żeby było weselej, nie wystarczyło namówić klienta na podpisanie umowy. Nie starczyło, by wysłał zgodę faksem. Aby dostać wypłatę w całości (jakieś zawrotne 700zł za miesiąc pracy), konkretna ilość umów musiała wrócić w wyznaczonym terminie, podpisana, pocztą. Jeśli jedna ci nie wróciła, bo klient zapomniał i woził ją w samochodzie dwa dni, albo cokolwiek, okazywało się, że zamiast za sześćset złotych, pracowałeś w tym miesiącu za 150. Sto pięćdziesiąt złotych. Za miesiąc pracy. Za wiszenie godzinami na telefonie, przekonywanie, za nerwowy płacz w kiblu. Często ludzie po studiach, którym się zwyczajnie nie udało. Ludzie z rodzinami na utrzymaniu. Oczywiście właściciele za te podpisane umowy zgarniali megagiga prowizję, niezależnie kiedy wróciły, ale tobie, miały wrócić do ostatniego dnia miesiąca. Sądzę, że mając takie możliwości i praktycznie zero wydatków, przez ostatnie lata uczynili już z tej firmy potęgę. Kto jednak zbierał cały opierdol od klientów? Oczywiście, że skazańcy na słuchawkach. Skazańcy, którzy nie mieli żadnego wpływu na to, jak to, co sprzedają, działa dalej. Cała ta firemka bowiem była przecież tylko podwykonawcą. Miała generować zysk i sprawiać, by było kogo opierdolić.
Cudnie było, naprawdę.
Chodziłam wtedy do pracy pieszo, bo nie było mnie stać na bilet. Na szczęście to tylko ok 30 minut marszu. Czasem jadłam rano tylko ryż z wody z resztką dżemu. Od marszu i gównianego jedzenia, które nie zapewniało podstawowych składników mineralnych, w tym żelaza, bolały mnie potwornie kości. Pamiętam, że dobrze mi szło, miałam jechać na szkolenie zewnętrzne i zająć się dużymi firmami i wtedy bezpośredni zwierzchnik zwolnił mnie, gdy nie było właściciela (tego, co mu sodówka nie uderzyła, a z którym kontaktowałam się w sprawach firmy, bo z kierownikiem bezpośrednim dogadać się nie szło). Miał takie prawo. Choć szef po powrocie bluzgał na niego, mnie przepraszał i chciał żebym wróciła, za dużo nerwów mnie to kosztowało. Pamiętam, że miałam odebrać jeszcze jakieś 45 złotych za jedną umowę, co wróciła po terminie. Umawiałam się z tym od sodówki. Znał termin moje przyjścia po kasę kilka dni wcześniej. Byłam wtedy cholernie głodna, znów przyszłam pieszo, a ten bogaty gówniarz zapytał, czy nie może mi jednak zrobić przelewu, bo nie ma drobnych. I na dowód wyjął z kieszeni gruby zwitek dwusetek. Musiałam mieć jakąś desperację w oczach, bo poleciał rozmienić kasę, ale kurwa mać.
Ludzi takich jak ja w tamtym czasie, często opierdalacie przez słuchawkę.
Ludzi, którzy są tam po to, by frustraci mieli się na kim wyżyć. Ludzi, którzy nie mają wyboru. Śmiało, dzwońcie!

Później Pit zatrudnił się w firmie "okołobudowlanej". Poprawiło nam się finansowo, ale widywaliśmy się raz na dwa tygodnie przez dwa dni. Do tego Pit zasuwał jak dziki, nocował w hotelach robotniczych, gdzie wszyscy po pracy zachlewali się na umór. Poza innymi wadami, ta firma miała zasadniczą, płaciła nieterminowo i w ratach - jak akurat wypadło. Była na przykład taka sytuacja: Pit miał odebrać wypłatę w weekend, ale oczywiście pieniędzy na czas nie było, zostawił nas więc (mnie i młodego) i pojechał w kolejne miejsce zakładać przewody, tylko dlatego, że szef obiecał pieniądze za dwa dni. Miałam iść do firmy i dostać wypłatę Pita. Przeżyliśmy z Tymkiem te dwa dni "na oparach", potem ubrałam jego i siebie, a mróz był siarczysty i kupa śniegu, i poszliśmy do firmy pieszo po kasę - na bilet już nie miałam. Na miejscu okazało się, że pieniędzy dla mnie nie ma. "Mogę dać pani 20 złotych w tej chwili". Poczułam się jak gówno. Tym bardziej, że nie mogłam mu powiedzieć, żeby sobie te dwie dychy zeżarł. Musiałam wziąć ochłap, bo nie miałam już na chleb.
W tym czasie Pit, przechodząc w roboczych ciuchach przez budowę, usłyszał jak to pani mówi do dziecka, że jak nie będzie się uczyć, to też będzie robić na budowie, jak ten pan.

I jeszcze nasze początki w Warszawie, gdy trzeba było od ręki gdzieś się zatrudnić, by mieć na podstawowe rzeczy i szukać czegoś dalej.
Mała nie miała jeszcze roku, gdy zatrudniłam się w markecie w dziale "warzywa i owoce". Pit w tym czasie sprzątał kino na noce. On pracował na zlecenie, ja miałam jakieś oszałamiające 1200 netto, ale z ubezpieczeniem przynajmniej. Wyglądało to tak: Kino Pita było na drugim końcu miasta, nie byłabym więc w stanie doczekać się, aż dotrze do domu, przejmie dzieci, bym mogła dotrzeć do pracy na szóstą. W pracy więc byłam 6:30-14:30. On wracał nieprzytomny po nocy - kto nie zasuwał fizycznie na akord, nie ma pojęcia w jakim wracał stanie. Dzwonił do mnie, że właśnie wysiadł z autobusu,wtedy ja (o ile dzieci spały), wybiegałam z domu, by dotrzeć na czas do marketu. Mijaliśmy się po drodze, machając sobie z oddali. On po nocy zajmował się niemowlakiem, ja zapieprzałam w sklepie. Kładł się spać na kilka godzin, gdy wracałam, potem leciał na nockę. I tak w koło.
Jak wyglądała praca w tym markecie? Była jedna fajna kierowniczka, pewnie dlatego, że ciężko przez życie doświadczona babka. Było kilka dochodzących księgowych, które patrzyły na pracowników jak na bydło, była główna szefowa, pracowita, ale jeśli chodzi o kontakt z ludźmi, kompletny burak. Do tego mówiła "tam pisze" i "wziąść", co mnie doprowadzało do rozpaczy.
Pierwsze dni to była walka z własną dumą (miałam być przecież psychologiem. studiowałam... a tu kapustę układam i to w markecie, do tego wrzeszczy na mnie chamska kretynka, co żadnej książki w życiu nie przeczytała. Kilka razy płakałam w sałatę) i własnym ciałem. Dlaczego własnym ciałem? Bo normy BHP to mit.

O szóstej przyjeżdżały ciężarówki wioząc towar z magazynów. Do ósmej, kiedy to wkraczali klienci, wszystko musiało być rozpakowane i wyniesione na zaplecze, do chłodni, a towar z chłodni powykładany w dziale. Mam 170 cm wzrostu i długie ręce. Palety były załadowane na wysokość moich wyciągniętych w górę rąk. Na palecie mieściły się w poziomie cztery duże skrzynki (jabłka, sałata lodowa, grapefruity - ciężkie jak cholera i najcięższe kiszonki, pod ciężarem których pękały co starsze plastikowe skrzynki i trzeszczał mój kręgosłup), lub osiem małych wyższych pojemników (pomidory, mandarynki, papryka, brokuły). W najlżejsze dni palety załadowane na maksa były tylko trzy, często było ich pięć. Do tego dochodziła paleta lub dwie z wielkimi (25kg?)workami - ziemniaki, kapusta, cebula i mniejszymi z marchwią, selerem, pietruchą i brukselką. Te z workami załadowane były mniej więcej do mojego pasa. Musiałam to poprzekładać na wózek i wywieźć na zaplecze, a z zaplecza przywieźć nieco starszy towar na półki. SAMA. W 1,5 GODZINY.

Oczywiście zdarzały się kontrole, wówczas nie wolno nam było nawet przemieścić pustej palety, którą normalnie brało się pionowo i galopem ciągnęło na zaplecze, żeby się któryś klient nie potknął.
Przychodziłam do domu i przez pierwszy tydzień płakałam z bólu. Bolało mnie wszystko. Przychodziłam, siadałam i zalewałam się łzami, a następnego dnia wstawałam o piątej i jazda!
Proszę pamiętać, że miałam w domu jeszcze dwoje dzieci, którymi trzeba było się zająć, wyprać i nakarmić też.
Klienci byli z reguły koszmarni.

Zasada była taka, by ładne warzywa dawać na spód, na wierzch zaś te wczorajsze. I tak: jak chciałeś dobrze dla klientów, dostawałeś opierdol od szefa, że się nie stosujesz do zasad (przecież towar ma zachęcać do kupna, poza tym i tak wygrzebią co ładniejsze, po co więc im dawać gówno u góry?? nie kumam tej polityki), jak szef zadowolony - zjebki od klientów, z których większość sądzi, że jesteś kompletnym debilem, skoro nosisz wory z kartoflami.

Kiedy towar był lekko przejrzały, cenę obniżało się czasem nie na kilogramie tylko tak: brało się dwa banany podobnych gabarytów, ważyło jednego, naklejało cenę za tę jedną sztukę na worek, a wsadzano do środka oba. Do tego szła nalepka "2 w cenie 1". czy wiecie, że zdarzały się osoby, które rozrywały worek, ważyły jednego i drugiego banana i robiły awanturę, że one nie ważą tyle samo, a więc jesteśmy złodziejami? Co im niby miałam powiedzieć? Że niestety wzorzec banana skradziono właśnie z Sevres i stąd różnice?

W ogóle klienci non stop uważali, że są okradani. Bo tu drożej niż w innym sklepie, albo skończył się towar z gazetki promocyjnej, więc na pewno pracownicy ukradli. Jakaś cholerna paranoja. Skoro wokół sami złodzieje, to jak oni biedni żyją. Naprawdę współczuję.

Rano, poza rozładowaniem tego wszystkiego z palet, trzeba było iść do biura po wykaz nowych cen, promocji itd. I jeszcze to pozmieniać do ósmej.
Pamiętam taki dzień, gdy młoda kiepsko spała, więc popędziłam do pracy nieprzytomna, z Pitem znów nie zamieniłam ani słowa, szefowa miała sraczkę, bo zapowiedzieli się z centrali i nazamawiała milion nowych rzeczy - tym razem jakoś kazała stary towar wywalić. Czekałam aż każe trawę malować na zielono. I wkroczyła ta klientka. Punkt ósma. Ja spocona już jak mysz. Wzięła jakiś tam owoc, u góry było napisane, że jest w promocji, a cena wyskoczyła inna. Pokazałam jej, że przy promocji jest zaznaczona wczorajsza data, przeprosiłam, bo powinnam była to jednak zdjąć i wtedy klientka wycedziła przez zęby: jak się pani nie wyrabia, to trzeba wcześniej do pracy przychodzić! Przysięgam, że miałam wizję jak skaczę na nią i tłukę w łeb skrzynką soków z marvitu. I tak dwanaście razy.

Zasuwaliśmy biegiem. W jakim tempie po jakimś czasie wykonywało się codzienne obowiązki, widziałam dopiero, gdy przychodziło mi szkolić kogoś nowego i on to robił taaaak pooowoooli - czyli jak normalny człowiek.

Pracowali ze mną z reguły fajni ludzie. Było kilku leserów, ale ci szybko wylatywali. Pracowali ludzie, którzy zostali zwolnieni z innych miejsc i brakowało im kilku lat do emerytury. Dziewczyny, gotowe pracować ciężko i piąć się w górę. Kobiety, których mężowie byli śmiertelnie chorzy, osoby zajmujące się po pracy chorującymi na alzheimera rodzicami. Były też kobiety, które tak ciężko pracowały od zawsze. Naprawdę podziwiałam ich siłę i pogodę ducha. Część z nich dojeżdżała spod Warszawy, bo w markecie w centrum płacili więcej niż w ich okolicy - one wstawały PO TRZECIEJ W NOCY. Siłaczki.

Plusem tej pracy było to (poza faktem, że w 2 m-ce schudłam 9kg), że jak już wylądowałam w księgarni, wydawało mi się, że oni tam nic nie robią. Nikt nie biega, nie trzeba się tłumaczyć z wyjścia do kibla. Pamiętam jak mi dziewczyny mówiły, że raz w tygodniu jest dostawa i wtedy jest ciężko. Tyle że te kilka palet przenosiło do sklepu dwóch-trzech chłopaków. W markecie nosiłam tyle sama. Codziennie.
Niestety w cięższym miesiącu, po kilku książkowych dostawach, na nadgarstkach wyskoczyły mi bolesne ...nie wiem jak to nazwać...takie twarde kulki. Popuchło mi to wszystko. Do dziś nie bardzo mogę dźwigać. Pamiątka po markecie.

Byłam też kiedyś na szkoleniach w firmie, która tak cudnie wyglądała w teorii... Można zacząć od sklepu, ale potem jest droga awansu, można przejść do biura. Hahaha.
Szkolenia były naprawdę dobrze zorganizowane. Ludzie z centrali przedstawiali fajną wizję, złote, kurczę, zasady. Tyle że w praktyce nic z nich nie dało się zastosować.
I nie wiem czy centrala naprawdę żyje w jakimś innym matrixie, czy są tak nienormalni.

obrazek z soup.io
Do czego zmierzam?
Ano do tego, że za niezadowolenie klientów bekną zawsze ci, stojący najniżej. Centrala z reguły ma wszystko w dupie. Ci, którzy najciężej pracują, mają najniewdzięczniejsze zadania - oni zbierają baty. I od klientów i wszystkich powyżej.
Proponowałabym po prostu próbować się po ludzku dogadać na miejscu. Jeśli firma nie ma w dupie klientów, zareaguje właściwie. Jeśli ma, pracownik, czy nawet jego bezpośredni zwierzchnik, nie ma pola manewru. Jest tylko spluwaczką dla klientów.
Pisanie atakujących postów na fanpejdżach niewiele pomoże. Może dostaniecie zwrot tych pięciu obiecanych złotych, ale polityka firmy się nie zmieni. Czy naprawdę sądzicie, że gdyby pracownikom dać czas, środki i pole manewru, nie zrobiliby tego, co do nich należy? Najprawdopodobniej mają taki zapieprz, że nie pamiętają własnych nazwisk. Stronę dla fanów może prowadzić wynajęty człowiek, który dostaje za to kilkaset złotych i nie ma wpływu na nic.
Jeśli chcecie zmieniać rzeczywistość, uderzajcie wyżej, bez szukania winnych. Wierzę, że zdarzają się mądrzy szefowie, tylko czasem im się rzeczywistość z wizją rozmija.
Najlepiej by było, gdyby ludzie z centrali, także ci najwyżej postawieni, co jakiś czas musieli osobiście obsługiwać klientów i mieli szansę sprawdzić, co z ich pięknych wizji daje się zastosować w praktyce.
W idealnym świecie, kazałabym też wszystkim sfrustrowanym klientom od czasu do czasu wymienić rolkę w kasie, gdy pięć osób w kolejce fuka na stracony czas.
Tym, co biorą pieniądze, gdy kasjer za dużo wydał, zabierałabym z wypłaty. A do tych, co dzwonią na infolinię, by się wyżyć, wykonywałabym kilka obelżywych telefonów w tygodniu.

Po drugiej stronie też są ludzie. Czasem pracują tak przez chwilę, czasem całe życie. Wszędzie znajdą się szuje i opierdalacze, ale czasem to zmęczenie, albo przypadek. Prawdziwi leserzy żyją z emerytury matki, a nie wstają co rano o czwartej do roboty. Wierzcie mi. I zróbcie czasem coś miłego dla kasjera, nim zwolnią Was dwa lata przed emeryturą i sami siądziecie na kasie.


45 komentarzy:

  1. To mój pierwszy komentarz, choć czytam Twój blog od jakiegoś czasu.
    Brak mi słów, żeby wyrazić to, co wywołał we mnie ten post. Chcę tylko zaznaczyć, że pod jego wpływem wiele się we mnie zadziało i spojrzałam na swoje życie z trochę innej perspektywy.
    Podziwiam Was. W moim prywatnym rankingu bohaterów jesteście na jednym z najwyższych miejsc (jakkolwiek pretensjonalnie to brzmi).
    Pozdrawiam i życzę Wam wszystkiego najlepszego.

    OdpowiedzUsuń
  2. popieram. pewnie dlatego, że robiłam i robię rzeczy od ciekawych-saysfakcjonujących do denno-fizycznych, cóz, za wszystkie dostaję kasę. nie mogę pozwolić sobie na wynajęcie kogoś do brudnej roboty.
    często pieniaczę, dla zasady właśnie, ale najczęściej prosząc o zapisanie i przekazanie reklamacji wyżej, bądź piszę od razu do samej góry.
    ostatnio zdarzyło mi się napisać (na druku przygotowanym przez sklep-sieciówkę) pochwałę dla obsługującego mnie pracownika. był świetny i bardzo pomocny.

    OdpowiedzUsuń
  3. Od jakiegoś czasu pracuję w dziale zamówień. Zdarzają się (rzadko) pomyłki i wysyłamy klientowi np. inny kolor towaru. Zawsze przyjmujemy reklamację i zwracamy koszty przesyłki, ale i tak ludzie drą się na mnie (chociaż to nie ja wysyłam towar i nie mam na to wpływu). A czasem zdarzy się tak, że poza takim telefonem pisze maila, jacy to jesteśmy do bani. Później dostajemy opierdziel jeszcze od szefa, że on musi coś takiego czytać. Tylko kilka razy zdarzyły mi się klientki, które zapytały grzecznie jak reklamować towar. Można bez bluzgania i wrzeszczenia to samo załatwić.

    OdpowiedzUsuń
  4. Elu, tyle mi sie wątków w głowie otworzyło, że nie sposób to ująć w kilku słowach. Pytań, wspomnień własnych, spostrzeżeń o życiu. Widzę że wiele przeszliście na starcie, że Was to nie złamało i jak dużo ciepła dajecie innym. To widzę przede wszystkim:)

    Co do kontaktów klient - obsługa, to widzę że ludzie celowo ich gnębią obniżając frustrację, bo pracownik MUSI wszystko przyjąć i do tego się jeszcze uśmiechnąć i przeprosić w imieniu firmy. Takie przepisy. Czy rozwiązaniem jest trzymanie się procedur, by nie odbierać tego osobiście - często tak. Znam to z doswiadczeń własnych;)

    Pozdrawiam ciepło i serdecznie Waszą Rodzinkę:)

    P.S.
    Te kulki na nadgarstkach po przeciążeniu, to pewnie gangliony.

    OdpowiedzUsuń
  5. Czytam Cie juz od dluzszego czasu. Poczatkowo ogladalam tylko Twoje koty a teraz codziennie czekam na nowy wpis. Bardzo trafne spostrzezenia - dokladnie tak jest, ze w zyciu codziennym brakuje szacunku i kultury. Przykro, wydaje mi sie, ze kiedys bylo inaczej (jestem z generacji 30+)

    OdpowiedzUsuń
  6. wielki szacun za tą notkę, na prawdę!
    Ciężko i fizycznie (na akord) pracowałam tylko raz przez parę miesięcy i było to 20 lat temu ale w tej kwestii nic się nie zmieniło więc wiem jak ten chleb smakuje...

    OdpowiedzUsuń
  7. Elu, podziwiam Cię !!! Kobieto jesteś niesamowita ! super, że to napisałaś, refleksji sporo...Podobnie jak Beata w wielkim markecie znalazłam druki, gdzie można napisać opinię - i podziękować obsłudze sklepu! Więcej życzliwości, wyrozumiałości i uśmiechu, a wtedy życie jest piękne :-) jak dobrze, że trafiłam na Twojego bloga :-)miłego !!!
    papa

    OdpowiedzUsuń
  8. Dziekuję Ci, Elżbieto, za ten post. Jest ważny, potrzebny. Dotyka pewnej istotnej sfery naszego życia.
    Pomimo tego, że nigdy nie byłam "po drugiej stronie", że nigdy nie musiałam wstawać o 3 rano, zapieprzać, nadwyrężając siły i pracując ponad ludzkie możliwości, zawsze wydawało mi się nieodpowiednie wyżywanie się na pracownikach "najniższego szczebla". I bardzo mi się nie podoba, gdy ktoś, z kim na przykład jestem w supermarkecie, za pomyłkę w cenie obarcza Panią przy kasie, albo Panią z okienka Informacji.

    Przecież Ci ludzie nie mają wpływu na większość spraw. Niestety, wydaje mi się, że lubimy znaleźć kogoś, na kim będziemy mogli się wyżyć bez konsekwencji. Smutne to strasznie i zatrważające, że zamiast porozmawiać z kierownikiem, będziemy wyżywać się na pracowniku, który może tylko odpowiedzieć uśmiechem i słowem 'przepraszam'.


    PS. Niecierpliwie czekam na notkę o futrach! :)

    Pozdrawiam!
    Zosia

    OdpowiedzUsuń
  9. Jak skończyłam studia pracowałam w swoim wymarzonym zawodzie za... 581 zł brutto (tak, tak, kiedyś znalazłam swoja pierwsza umowę o pracę) I nie było to strasznie dawno temu. Starczało na wynajęcie pokoju bez kuchni, i łazienki(!!!) Mieliśmy wspólna dla całej starej kamienicy zagrzybioną na maxa. I na bilet miesięczny. Na jedzenie zarabiałam w knajpie nocami. Spałam po 4 godziny na dobę. Po pół roku takiego życia stwierdziłam, że chrzanię ideały. Pojechałam do Anglii "myć kible" jak to się wtedy ładnie określało, tyle, że ja to robiłam rzeczywiście. Rok tyrałam tyle samo godzin ile w Polsce, tyle, że od czasu do czasu coś zwiedzałam. Po powrocie udało mi się zakupić mieszkanie (zdążyłam przed boomem głupienia cen)
    Teraz znów pracuję w tym samym zawodzie tyle, że dołożyłam sobie 2 z przodu ;) Przez ten czas ważne rzeczy zyskałam, inne ważne straciłam. Życie objawi po latach, które były ważniejsze.
    Pozdrawiam i obiecuje nie wrzeszczeć na telemarketerów ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Przypomniały mi się czasy, kiedy pracowałem w fotolabie Media Markt. To była całkiem dobra praca, wokół byli dobrzy ludzie a najcięższą harówką było wynoszenie tanków z chemikaliami, raptem po 50 kg. Siedziałem sobie, wkręcałem klisze a potem obrabiałem na ekraniku RGB, klik i samo się robiło.
    Ale to było na fotolabie. Enklawa.
    Dookoła działa się dzicz, barbarzyństwo i XIX wiek. Kierownicy wyzywający pracowników od kurew i złodziei. Rewizje osobiste na wyjściu ze zdejmowaniem majtek publicznie. Ludzie, którzy za 1200 PLN stali na nogach przez 12 godzin dziennie. Ludzie, którzy sikali w pampersy siedząc w kasie, bo nie ma opcji wyjścia, bo firma oszczędza na etatach i ktoś w tej kasie siedzieć musi.
    Zapewne, nie wszędzie tak jest.
    Ale bywa, i trzeba o tym mówić, bo mamy wiek XXI.

    OdpowiedzUsuń
  11. Fajnie, że poruszyłaś ten temat. Niestety jakoś tak się zdarza w życiu, że "punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia". A szkoda. Wszyscy chcieliby być mile i poważnie traktowani, ale w drugą stronę jakoś trudniej. Roszczeniowcy doprowadzają mnie to szewskiej pasji, nie tylko zawodowo. Wkurza mnie, że nawet nie zadają sobie trudu, żeby spojrzeć na sprawę z innej strony, albo nie zapoznać się damy zagadnieniem.
    Pozdrawiam :) Aśka

    OdpowiedzUsuń
  12. Te kulki na nadgarstkach to pewnie gangliony. Jeśli zdecydujesz się powędrować z nimi do lekarza (ortopeda) to do dobrego. Doświadczenie życiowe z tym dziadostwem przeze mnie przemawia.

    OdpowiedzUsuń
  13. Mądrze piszesz kobieto. Ja pracowałam w kilku miejscach, w których miałam kontakt z klientami i mam podobne doświadczenia. Teraz pracuję w sklepie z bielizną. To naprawdę fajna praca ale czasem ręce opadają. Tez bywamy obrażane, traktowane jak służące, klientowi się wydaje, że może wszystko a nam wolno się tylko uśmiechać. Wczoraj zostałam nazwana idiotką - reklamacja stroju kąpielowego, poinformowałam jakie są procedury - klientka miała je gdzieś i chciała dostać pieniądze od razu. W takich momentach odechciewa się wszystkiego. Takich klientów jest mniej niż tych sympatycznych, ale niestety dają się zapamiętać i potrafią zepsuć cały dzień. Chciałabym żeby było inaczej, żeby rodzice uczyli dzieci szacunku dla innych ludzi, bez względy na to jaki wykonują zawód. I żeby ci sami rodzice też się czasem zastanowili nad swoim zachowaniem :)

    Nalevka

    OdpowiedzUsuń
  14. Nie mam chyba szczegolnych grzechow na sumieniu w tej dziedzinie. Ale moze tez mam szczescie, bo najczesciej trafiam na mega mile osoby z drugiej strony, wiec nawet jak cos jest nie tak, to nie ma problemu zeby sie dogadac.
    Ja w ogole mam taki zwyczaj, ze jak jestem zla, to to wprost komunikuje i proponuje zakonczenie rozmowy. Tak mialam ostatnio na infolinii, firma ciela w chuja, dziewczyna nie umiala mi kompetentnie odpowiedziec, wiec powiedzialam, ze zaczynam byc zla, wiec lepiej, zebym sie rozlaczyla.

    OdpowiedzUsuń
  15. Doskonały post pani redaktorko.

    Dlatego mam zasadę aby być MIŁYM dla wszelkich pracowników niższego szczebla, których spotykam na drodze. Czy to kiedy do mnie dzwonią z kolejną niepotrzebną mi do niczego ofertą finansową czy to gdy załatwiam coś w jakiejś firmie.

    Czasem się po prostu lepiej zamknąć, niż dawać upust złości.

    A co do pracowników wyższego szczebla to, nie wiem czy to nie jest jakiś mem, z filmów ale czy przypadkiem w Japonii nie ma takiej tradycji, że prezesi, wiceprezesi choćby nie wiem jak dużej, korporacji jeden dzień w roku muszą przepracować jako szeregowi pracownicy?

    OdpowiedzUsuń
  16. Czapki z głów.

    OdpowiedzUsuń
  17. każdy szczebel ma swoje frustracje. ten wyżej skąd wziąć kasę na wypłaty - jak np nie pospływały pieniadze od klientów (naprawdę karrot uważasz, że własciciel ma w dupie i MA MIEĆ?) a ten niżej czy chce czy nie - jest na pierwszym ogniu w kontakcie z klientem. i powinien być przeszkolony jak się umieć znaleźć w obliczu rozsierdzonego. to element jego pracy. chamstwo ludzi to jest temat odrębny - który wszędzie występuje - a wiec i nie ominie sklepu, szefa, własciciela. ale nie co przyklejać łatek.

    (a ja np dostaję szału - jak dzwoni dziesiąty telemarketer danego dnia (i tak w zasadzie codziennie) i pyta - czy może zaprezentować produkt - ja odpowiadam - DZIĘKUJĘ NIE - a on na to - a dlaczego nie ? - nie chciałoby Ci się odrzec - BO KURWA NIE ! ;)

    OdpowiedzUsuń
  18. napiszę to, co naprawdę myślę, dobra?
    nie bierz tego do siebie, ale twoja historia jest potwierdzeniem, że jednak mam niegłupie poglądy.
    bo osobiście nie zdecydowałabym się na dzieci w trakcie studiów. właśnie dlatego, żeby życie nie zamieniło się w koszmar.
    niby nigdy nie ma odpowiedniej pory na dzieci, ale studia po ogólniaku to już najgorszy okres.

    OdpowiedzUsuń
  19. P.S.
    a jak pani nie ma wydać - do kogo snuć pretensje?
    kto odpowiada za drobne w kasie i za ich brak już o dziewiątej rano?
    bo to jest to, co doprowadza mnie do szału.

    OdpowiedzUsuń
  20. karreu
    Bardzo się cieszę, że się odezwałaś :)
    Ale nie jesteśmy bohaterami. To nasza przeszłość. Tak żyją przez lata setki ludzi, tylko oni pewnie nie piszą blogów :)

    beata
    ja też się skupiam na chwaleniu i dogadywaniu. To jest fajne, bo wraca :)

    anonimowy
    ale żeby zrozumieć Twoją sytuację trzeba odrobiny wrażliwości i wyobraźni. Nie każdy ją ma, niestety.

    assneg
    ta notatka miała być właśnie w założeniu czymś, co skłoni do myślenia. Cieszę się, że tak działa :)
    Obejrzałam gangliony w google. To chyba to.

    anonimowy
    cieszę się, że znajdujesz tu coś dla siebie. Mi się w ogóle nie podoba to, w jaką stronę zmierzają kontakty międzyludzkie ...

    Agnieszek
    dzięki. Sporo mnie kosztowało napisanie jej :)

    Ewelina,
    dziękuję za miłe słowa, ale zacznij mnie podziwiać jak Nobla dostanę, co? :)

    Zosia
    Ja często się ujmuję za pracownikami w bankach czy marketach, gdy ich ktoś atakuje.
    Notka o futrach będzie niebawem :)

    Susan
    To, jak wszystko, co robimy, zweryfikuje czas. Pozdrawiam serdecznie!

    vauban
    czasem mi się wydaje, że to wołanie na puszczy jest. Każdy i tak znajdzie coś, do czego się przypnie ;)
    miło, że czytasz.

    Aśka
    Ludzie chyba generalnie mają problem z wyobrażeniem sobie, co czuje ktoś inny. Empatia się kłania :)

    Gabrielle
    to chyba rzeczywiście to, ale mam to szczęście, że mi wyskakują po wysiłku, uprzykrzają życie przez miesiąc, dwa, a potem się cofają.

    Nalevka
    Najgorsze jest to, że jeden agresywny pieniacz rujnuje to, co wcześniej wniósł kontakt z kilkunastoma fajnymi klientami.

    OdpowiedzUsuń
  21. Nawet nie potrafię powiedzieć, jak mną wstrząsnęły te historie. Niby człowiek wie, niby jest świadomy, ale...

    Mam zwyczaj (wynikający z innych pobudek, ale to inna historia) kończyć kontakt z każdą kasjerką, panią w kiosku czy punkcie usługowym, itp. słowami "dziękuję, miłego dnia". Ale teraz chyba pomyślę nad czymś innym, bo w świetle tego postu zaczynam mieć niepokojące poczucie, że te słowa mogą zabrzmieć jak szyderstwo. Rany boskie...

    OdpowiedzUsuń
  22. perdo, brawo :)
    a ja zawsze jak mówię, że się zastanowię nad ofertą to to robię i daję znać. Jak wiem, że nie jestem zainteresowana, spokojnie wyjaśniam i ucinam od razu.

    sophers
    dzięki :)
    z ta panią redaktorką to mi przypomniałeś jedną klientkę z księgarni. Kobieta organizowała szkolenia z psychologii biznesu, gadałyśmy kiedyś, szukałam jej konkretnych zagadnień w książkach, pytała jakim cudem się orientuję, więc powiedziałam, ze kiedyś studiowałam... I wtedy ona:"bo pani, jako psycholog..." na co ja rozkładając ręce i pokazując na regały obok: "no, jak pani widzi, nie jestem psychologiem" ;)
    Takoż i redaktorem niestety :D
    A z tymi przypadkami, gdzie menagerowie muszą raz na jakiś czas obsługiwać klientów, też słyszałam ale nie wiem ile w tym prawdy :)

    hersylia810
    dzięki za uznanie.

    spt
    nigdzie nie napisałam, że frustracje są tylko na najniższym szczeblu.
    nie jest to również notka o małych przedsiębiorstwach, ani o tym, czy mają mieć kasę na wypłaty. Ani nawet o tym szefie, co nieterminowo płacił, a jak pracownicy przyszli po pensję, gdy właśnie z firmowej kasy kupił wielka plazmę, powiedział im, że jak są głodni, to niech sobie idą łabędzia upolować, co nie będzie trudne, bo pewnie jakiś padł (to był czas ptasiej grypy).

    Foksal
    To nie jest notka o moim życiu, więc nie podobają mi się wycieczki osobiste. To notka o tym jak wygląda gówniana praca od drugiej strony.
    Mogłabym napisać, że oceniasz z perspektywy dobrze sytuowanej kobiety, będącej na utrzymaniu męża. Czy to by coś wniosło? Nic.
    Foksal, nie jestem panią w kasie. Nie wiem. zapytaj ją kto za to odpowiada.
    W marketach teoretycznie kierownik zmiany powinien zapewnić drobne, bo pracownicy nie mogą opuszczać sklepu (mają z reguły 1 przerwę 15 min, w czasie której muszą zdążyć coś zjeść, odetchnąć i iść do kibla). W praktyce szefostwo ma to w dupie, bo to kasjer będzie się wykłócał. Gdybym była szefem, załatwiałabym to jak trzeba, ale nie jestem :D

    OdpowiedzUsuń
  23. Tygryziolek
    No "miłego dnia" brzmi czasem jak szyderstwo :)
    Z drugiej strony jak inaczej pokazać sympatię...Nie wiem.
    Chyba trzeba widzieć w każdym człowieka. Po prostu :*

    OdpowiedzUsuń
  24. SPT raz jeszcze, bo zapomniałam :)
    Oni są strasznie wkurwiający przez telefon, ale powodem nie jest chęć upierdzania Ci życia.
    Te rozmowy są nagrywane, mogą dostać opierdol za wszystko. A taka rozmowa ma przebiegać według schematu i jego obowiązkiem jest zadać to wkurwiające pytanie "dlaczego nie?" na koniec. Mnie samą trzęsie, jak to słyszę, ale staram się pamiętać, że to nie dzwoniący są nienormalni, tylko ich praca.

    OdpowiedzUsuń
  25. Bardzo dobra notka!!!!!!
    Przesylam wirtualne usciski:)))
    Mysle, ze takie traktowanie ludzi wynika najczesciej z obustronnej frustracji. Klient, ktory jest niezadowolony sam z siebie w jakiejs dziedzinie zycia lubi sie wyzyc na innych. Przykre to ale nie usprawiedliwia chamskiego zachowania, niestety chamskie traktowanie innych swiadczy o nas samych a nie o tych, ktorych tak traktujemy.
    Telefony z telemarketingu sa owszem wkurwiajace, na szczescie u nas jest takie cos, co nazywa sie "Do Not Call List". Wystarczy tam zarejestrowac numer telefonu, na ktory nie zyczymy sobie takich telefonow i telemarkietingowcy nie moga na niego dzwonic. Dziala to przez 5 lat, po 5 latach nalezy odnowic rejestracje. Najczesciej zapominam o odnowieniu, ale tez nie krzycze na osobe, ktora dzwoni, bo to nie jej wina, ze JA zapomnialam. Dzwoniacy ma obowiazek poprosic do telefonu osobe odpowiedzialna za biznes, czy konkretna strefe biznesu, wtedy spokojnie mowie "wlasnie wyszla, czy moge cos przekazac?" i telemaketer sie wylacza, bo on nie jest od przyjmowania telefonow zwrotnych tylko od dzwonienia. Albo mowie, ze "jestem wlasnie zajeta z klientem i nie moge rozmawiac" po czym odkladam sluchawke.
    Nikt nie moze opierniczyc pracownika, za to, ze ja przerwalam rozmowe. Chociaz pewnie zdarzaja sie i tacy zwierzchnicy.
    Ja nie wiem, czy planowanie i ustawianie sie na pozycji wygranej zawsze gwarantuje te pozycje. Niestety nieszczescia i wypadki chodza po ludziach, a nikt nie rodzi sie z karta gwarancyjna. Reklamacji z tego co wiem los tez nie przyjmuje. Juz nie raz widzialam niepracujace zony bedace na utrzymaniu meza milionera, ktore na skutek, wypadku, rozwodu lub nawet smierci musialy wrocic do pracy. Wtedy dopiero jest rozpacz, bo nawet jak taka zona ma wyksztalcenie to niewiele to pomaga, jesli w wieku po 40tce nie ma zadnego doswiadczenia, a studia konczyla 15 lat temu.

    OdpowiedzUsuń
  26. No tak, ale czym innym jest zastanowienie sie nad oferta, aczkolwiek podobnie jak spt zle reaguje na pytanie ale dlaczego, kiedy chwile wczesniej powiedzialam, ze np. korzystam z innej firmy, a czym innym sytuacja kryzysowa, kiedy mam problem, a osoba po drugiej stronie prezentuje totalny zlew. Bo jak kombinuje i szuka rozwiazania i nie wie jak, ale daje mi znac, ze sie ze mna skontaktuja, to przyjmuje to na spokojnie. Ostatnio mnie zachwycila pani z orange, do ktorej zadzwonilam wkurwiona, ze ciagle mi jakas loteria dzwoni. Zablokowala numer, zablokowala sms-y, a w koncu po rozmowie ze mna, zablokowala mi wszystkie przychodzace na numery zastrzezone :)

    OdpowiedzUsuń
  27. blokowanie zastrzeżonych to cudo, które odkryłam niedawno. Jaki spokój :)))
    No wiem, że to co innego. Też mnie wkurwia, jak najpierw wiszę przez godzinę słuchając melodyjki, a potem ktoś nic nie wie. Tylko najbardziej mnie wkurza, że nie ma gdzie zadzwonić wyżej :/

    OdpowiedzUsuń
  28. ależ nie ma się co obrażać. może nie wyraziłam się zbyt precyzyjnie czy też - empatycznie.
    tylko widziałam, jak męczyła się moja koleżanka, która urodziła na pierwszym roku oraz twoja notka potwierdza - to niedobry czas na dzieci. ma złe skutki. tylko tyle.
    dlatego czekałam z tym wszystkim do czasu skończenia studiów, podobnie jak znakomita większość koleżanek.
    ta historia (twoja) jest dla mnie tylko potwierdzeniem prawdziwości poglądu, że najpierw studia, potem dzieci, bo tak jest zwyczajnie prościej żyć.
    a że mam męża, który zarabia (przeciętnie zresztą, najmniej ze wszystkich w swojej pracy) nie ma tu znaczenia, bo wszystkie decyzje dotyczące posiadania czy nieposiadania potomstwa w czasie studiów zapadły na kilka lat, zanim się w ogóle poznaliśmy.

    OdpowiedzUsuń
  29. nie obrażam się. po prostu pisałam o tym jak wygląda taka praca od wewnątrz, więc nie widzę tu miejsca do osobistych wycieczek. moja sytuacja osobista wyglądała nieco inaczej niż sobie wyobrażasz, jak sądzę, ale o tym opowiadać nie zamierzam.
    Wierz mi, że w tych miejscach pracowały osoby o całkiem innym doświadczeniu życiowym i to, kiedy miały dzieci nijak się do tego miało.
    jasne że najlepiej mieć fajnie zaplanowane życie i lepszą pracę. W ogóle lepiej jest być zdrowym, młodym i bogatym.
    Co mi przypomniało, że taki esej kiedyś napisałam na studiach... muszę poszukać :)

    OdpowiedzUsuń
  30. doskonale wiem, że taka praca jest dla wszystkich, którzy po prostu nie mają wyjścia. i pracodawcy to wykorzystują nad miarę.
    jest jeszcze druga strona medalu - koszty utrzymania pracowników sa tak duże, ze pracodawca jest zmuszony szukac oszczędności, gdzie się da. czyli w BHP, tu najłatwiej. i zwleka z wypłatami (bo sam musi zaplacic państwu haracz za to, że zarabia).
    warunki, że tak powiem, demoralizują.
    niektórych mniej, innych bardziej, a niektórych po prostu monstrualnie.
    eh, żyźń...

    OdpowiedzUsuń
  31. Nie przypuszczałam, że było tak ciężko. Odwiedzam Twój blog od dość dawna ze względu na zdjęcia (bo dotąd raczej pisałaś niewiele), ciepłe, piękne, dowcipne, pełne miłości, życzliwości i radości życia. Cieszę się, że ciężkie chwile nie zniszczyły tego, jak odbierasz świat i jak nam go przekazujesz. Pozdrawiam najserdeczniej :)!

    OdpowiedzUsuń
  32. Foksal, no właśnie, jest jeszcze ta kwestia, o której nikt nie chce myśleć - że każdy może stanąć kiedyś w obliczu konieczności przejścia "na drugą stronę lady" :)

    Karolina
    :) dzięki. (ale nie jesteśmy jedyni z podobnym życiorysem, jak sądzę ;))

    Beem
    Mam taką mało odkrywczą teorię, że dopiero jak się po dupie dostanie, zaczyna się widzieć wszystko we właściwych proporcjach ;)
    Fajnie, że do nas zaglądasz.

    OdpowiedzUsuń
  33. Stardust ja sobie strategicznie poblokowałam zastrzeżone numery, a z nieznanych z reguły połączeń nie odbieram. Staje się to problemem dopiero, gdy szukam pracy i mogę się nieznanych spodziewać ;)
    Co do reszty Twojego komentarza, to mogę się tylko podpisać. Ręką, nogą i sercem całym.
    Pamiętam, co mi dawno temu pisałaś o swoich przejściach, ściskam i nieustająco podziwiam :)

    OdpowiedzUsuń
  34. Jestem wdzieczna za mozliwosc czytania Twoich wpisow....

    OdpowiedzUsuń
  35. Ty miałaś szczęście, bo się wyrwałaś, a co ja mam począć, skoro jestem prawie codziennie skazana na jakieś telefony z telemarktetingu i kiedy uprzejmie odpowiadam, że nie mogę poświęcić czasu na rozmowę i tak druga srona sobie z tego nic nie robi?
    Jeśli chodzi o nieuprzejmość, dlatego między innymi wyjechałam z kraju. Nie przesadzam. To mnie najbardziej w nas Polakach drażni, że się sobie do gardła z byle powodu rzucamy. Tutaj tego w ogóle nie ma, przynajmniej nie w małych miejscowościach i średnich miastach (Dublin, Cork, Galway nie wiem, bo tam bywam tylko). Pracowałam rok w markecie i jeśli idzie o klientów bardzo sobie chwaliłam. Do tej pory mnie na ulicy zaczepiają, żeby powiedzieć, że im żal, że mnie już tam nie ma. Wszędzie, czy to telefonicznie, kiedy się coś kupuje, czy załatwia (dużo tutaj przez telefon), obie strony są dla siebie miłe. Ta życzliwość była dla mnie takim szokiem, kiedy tu przyjechałam, że mi chyba z dwa lata zajęło, żeby zrozumieć, że tu się tak po prostu sprawy załatwia.
    A jeśli w supermarkecie jestem niezadowolona, ostatnio mi się raz zdarzyło, to zawszę proszę managera, zawsze używam argumetów merytorycznych i spokojnie. Nie można nie reagować na oszustwa, nawet drobne, bo się daje przyzwolenie do takich praktyk. Z drugiej strony nie ma co się pieklić o wszystko, to fakt.
    Oszałamiające te twoje doświadczenia. Mam nadzieję, ze tow szystko już za Wami

    OdpowiedzUsuń
  36. anonimowy
    ależ proszę, zapraszam :)

    kasia.eire
    chyba coś jest w tej mentalności polskiej naprawdę niestety.
    a z wyrywaniem się to wiesz...nigdy nie wiadomo kiedy i co na nas spadnie :)

    OdpowiedzUsuń
  37. Witam:)
    Fajnie, że "anonimy" wróciły do łask:)Chociaż ja nie anonim - to ja, emda:)
    Gratuluję hartu ducha i przetrwania.

    PROSZĘ, DZIĘKUJĘ,PRZEPRASZAM - +uśmiech. Wystarczy. Chwała paniom i panom z POLOmarketów:)

    Pozdrawiam serdecznie.
    emda

    OdpowiedzUsuń
  38. Pracowałam na studiach w supermarkecie - 3 tygodnie. Zwolniłam się kiedy wrzucili mnie do depozytu z rozdzielnią prądu i pękniętą rurą obok, pod którą podstawiłam wiadro. Prąd kopał po szafkach niemiłosiernie. Mogłam się zwolnić, bo dorabiałam do studenckiego budżetu i nie miałam na utrzymaniu rodziny.
    Podziwiam ludzi, którzy potrafią pracować w wielkich sklepach. Do dziś, kiedy robię zakupy i widzę jak jakaś czarownica wyżywa się na Bogu ducha winnej dziewczynie rozkładającej towar cholera mnie bierze.
    To prawda, że niektórym wydaje się, że ci w supermarketach to jacyś kretyni skoro nie mogą znaleźć innej pracy. Ale ilu z nich wyrzucało skończone studia z CV składając je do pracy?
    Nie tylko w przypadku supermarketów jest taka jazda z klientami. Moja mama jest pielęgniarką i spotyka się z tekstami, że musi coś zrobić, bo to jej obowiązek. Obwieszczają jej takie prawdy objawione prawie krzycząc.

    OdpowiedzUsuń
  39. "Piękny" artykuł. Na pierwszą stronę Wyborczej. Byłem po obu stronach. Restauracyjny fizolo-kelner (bo jak nie ma klientów, to przecież mogę odmalować przedsionek, a potem śmierdząc farbą podawać sajgonki:), szef, któremu się udało i chciał więcej oraz szef, któremu się nie udało i miał problem, żeby wygrzebać kasę na wypłaty. Znam to wszystko.
    Uważam, że sedno problemu to fakt, że ekonomia zakłada, iż człowiek jest racjonalny. Obliczy wszystko, wyrachuje i jak wyjdzie na plus, to działa, a jak na minus, to szuka innej drogi. Nie jesteśmy jednak racjonalni. Pokażcie mi człowieka, który decydując się na dziecko przeliczył, że to tak jakby wziął ponad 200tyś kredytu na 18 lat (nie mówię nawet o "nieracjonalnym" wspieraniu dzieci po osiągnięciu wieku 18 lat).
    Kolejną kwestią jest to, że dziś pieniądz nie służy już wymianie usług i towarów. Miliony zgromadzone na kontach służą spekulacjom na walutach, na złocie, kopalinach, itd.
    Nie chcę brzmieć niczym gniewny prorok, ale uważam, że Europę czeka głód i rewolucja... i obawiam się, że wszyscy tego doczekamy...

    OdpowiedzUsuń
  40. Ja nie opierdalam, ja się albo rozłączam albo radzę, żeby sobie telemarketer znalazł lepszą pracę, bo jednak praca w wychodzącym telemarketingu to nie jest uczciwa robota (naciąganie na rzeczy, których ten po drugiej stronie ani nie potrzebują ani nie chce) do tego irytująca ludzi, którzy albo czekają na ważny telefon albo odpoczywają po pracy albo sami siedzą w pracy. Także współczuję telemarketerom, że tak źle wylądowali, ale nie staram się przekonywać ich, że ich zawód może być fajny a klient miły. Taka jestem niedobra.

    OdpowiedzUsuń
  41. Przeczytałam dopiero dziś. Dziękuję. Mam inne doświadczenia. Nie wiem, czy mniej, czy bardziej dramatyczne, ale zawsze rozumiałam tę obsraną, jak pokazuje zamieszczony przez Ciebie rysunek, hierarchię ważności. Będę się na Ciebie powoływać :-) Nie tylko dlatego dziękuję - dziękuję też z kilku innych moich powodów. A głównie z powodu prawdy.

    OdpowiedzUsuń
  42. Doświadczenia ma różne, raczej lepsze, ale wiem jedno, zawsze ktoś wyżywa się na "niższym" personelu, w sensie, że klient wydrze japę na ekspedientkę, nie właściciela (- co to k...a za sklep, że wydać nie macie?! - Przepraszam bardzo. Akurat dziś się tak zdażyło ble ble, ble, o właśnie idzie szefowa. - O dzień dobry pani :) ) na pielęgniarkę/technika, nie na lekarza itd itp. A najgorsze jest to, że ludzie między sobą zachowują się jak świnie i gardzą innymi, ostatnio w mojej pracy pielęgniarka robiła awanturę sprzątaczce... ze niby jest na wyższym stanowisku i może pomiatać, nie? Porażka. Nigdy nie wiadomo kiedy sama sprzątaczką będzie... Byłam kelnerką, barmanką, sprzedawcą, oraz ulotkarzem (jak to się nazywa fachowo? :D), jestem technikiem i pracuję w szpitalu; żadnej pracy się nie boję i wiem, gdzie moje miejsce, teraz tylko naciskam guziki, kiedyś tylko sprzedawałam i nigdy nie czułam się gorsza. Nie widzę powodu, żeby kogoś gorzej traktować, bo robi "tylko" coś tam. Każde tylko jest ważne.

    Smutne jest tylko to, że uczymy się, szkolimy, jesteśmy chętni do pracy a w efekcie robimy to, co mogliśmy bez całego tego uczenia :/

    OdpowiedzUsuń
  43. Cieszę się, że przypomniałaś ten temat. Lata mijają a problem nadal aktualny.
    Pozdrawiam Cię serdecznie :-)

    OdpowiedzUsuń
  44. Cieszę się, że przypomniałaś ten temat. Lata mijają a problem nadal aktualny.
    Pozdrawiam Cię serdecznie :-)

    OdpowiedzUsuń