Etykiety
- książki (60)
- nie stać mnie (29)
- rzeczpospolita futrzasta (652)
- spacerownik (33)
- to znowu ja (7)
- UWAGA KONKURS (2)
- vege (57)
- zobaczone/obejrzane (2)
poniedziałek, 27 lutego 2012
Bardzo dobra rozmowa
http://www.polskatimes.pl/artykul/517897,falandysz-do-raka-trzeba-sie-przygotowac-a-potem,id,t.html?
Etykiety:
nie stać mnie
piątek, 24 lutego 2012
foty z sieci, bo nie mam czasu
Lubię spotykać się z ludźmi, których dobrze znam.
Takich, co od razu czują się swobodnie, którym nie trzeba tłumaczyć całego życia od początku.
Tak, podobają mi się tylko te piosenki, które już kiedyś słyszałam ;)))
A poza tym mąż mi wyjeżdża na weekend i trochę mi smutno. Kazałam dzieciom przygotować listę tego, co chciałyby robić i będziemy sobie weekendowo folgować, żeby nie tęsknić za bardzo.
A Wy? Co robicie w weekend?
Miłego dnia! :)
Takich, co od razu czują się swobodnie, którym nie trzeba tłumaczyć całego życia od początku.
Tak, podobają mi się tylko te piosenki, które już kiedyś słyszałam ;)))
A poza tym mąż mi wyjeżdża na weekend i trochę mi smutno. Kazałam dzieciom przygotować listę tego, co chciałyby robić i będziemy sobie weekendowo folgować, żeby nie tęsknić za bardzo.
A Wy? Co robicie w weekend?
Miłego dnia! :)
czwartek, 23 lutego 2012
rodzinka
Dawno dawno temu, gdy zaczynałam swoje eksperymenty kulinarne (i siostra była mi królikiem doświadczalnym), zrobiłam takie kruche smażone pierożki. Ponieważ nie miałam pomysłu na farsz, ugotowałam brukselkę, obficie posypałam ziołami prowansalskimi, owinęłam ciastem i usmażyłam.
Kilkanaście lat później, rozmawiam z siostrą:
Ja: wiesz, nawet powoli zaczynam jeść brukselkę
Siostra: a ja już mogę używać ziół prowansalskich
Ja: tak, ja ziół też
Siostra: taaak, niektóre smaki są...NIEZAPOMNIANE
(popłakałyśmy się ze śmiechu)
***
Tola stoi przy stole i dziwnie się wygina, przestępując z nogi na nogę.
Pit: Tola, chcesz kupę?
Nasze dobrze wychowane dziecko: nieee, dziękuję.
(kupą dziecko częstować, też coś!)
***
Młody prowadzi sobie gospodarstwo na jednym z portali. Jego koledzy z klasy też tam grają.
Wczoraj Mała przez chwilę grała z jego konta. Przychodzi kolej Tymka i słyszę: o nie! szybko! muszę to zmienić! może nikt jeszcze nie zobaczył!
Okazało się że siostrzyczka ustawiła mu nowy awatar: delfinka z różową kokardą na głowie i różową torebusią na płetwie :)))
poniedziałek, 20 lutego 2012
nauka o przemijaniu przyszła sama
Mentalność Polaków nie pozwala się cieszyć tym, co jest. Nigdy nie jest dość dobrze, trawa u sąsiada zawsze bardziej zielona - z czego tu się cieszyć. Być zadowolonym z siebie to już w ogóle godne potępienia. Sama tak kiedyś myślałam.
Pamiętam jak kilka lat temu jedna blogerka napisała, że jest dumna, bo zawsze umie stworzyć ciepły rodzinny klimat w swoim domu (gdziekolwiek by nie była) i jakie poruszenie to wywołało. No jak to. Napisać tak wprost? Zero skromności!
Z biegiem lat coraz bardziej mnie ta polska mentalność wkurza i cenię ludzi, którzy cenią samych siebie. Nie mówię tu o bufonach, którzy mogliby prowadzić program "jestem jaki jestem, podziwiajcie!" i którzy uważają że nie muszą już niczego się uczyć, ani nad sobą pracować, bo są ucieleśnieniem ideału.
Mówię o tych, którzy mimo kompleksów, ciężką pracą coś zdobyli i umieją się tym cieszyć oraz być z tych osiągnięć dumni.
To ci sami, co na "jaka ładna bluzka", nie odpowiadają "daj spokój, stara szmata. i do tego zobacz, tu ma plamę".
Martwię się wieloma sprawami związanymi z naszym życiem. Martwię się o zdrowie najbliższych, o stan naszych finansów - choć jest o niebo lepiej niż było w poprzednim miejscu zamieszkania - o jakieś inne sprawy. Wkurzam się na drobne niedogodności, wpadam we wściekłość po kolejnej bezsensownej kłótni między dziećmi, irytują mnie okruchy na stole i wszystkie domowe obowiązki (codziennie to samo odkurzanie, pranie, kuweta, pierdoły które zabierają czas, jaki mogłabym poświęcić na coś mądrego.) Czasem mam dość i na wszystkich warczę.
Równocześnie absolutnie, nieprzyzwoicie wprost pławię się we własnym szczęściu.
W mądrości naszych dzieci, w świetnej pamięci i analitycznym umyśle jednego i ogromnej twórczości i żywiołowości drugiej. W cieple i mądrości Pita. W tym jak fajnie ewoluuje nasz związek. W tym, że po jedenastu latach razem, zaczynam tęsknić, gdy tylko wyjdzie/wyjdę z domu. Że nie chodzi o to, by robić wszystko razem, ale o radość z bycia ze sobą, towarzyszenia w drodze. O ten moment, gdy sprawia ci przyjemność robienie komuś przyjemności. I gdy można czuć się bardziej zjednoczonym z drugim człowiekiem, gdy się leży na kanapie z książką, a ten drugi gra na kompie, niż z kim innym non stop trzymając się za ręce.
Kiedyś strasznie mnie wkurzało, gdy Pit mówił o Diamentowej Drodze. Opowiadał o nauce o nietrwałości. O tym, że sztuką jest brak przywiązania, cieszenie się, gdy coś jest i akceptacja tego, że kiedyś nie będzie.
"Daj spokój, nie wkurzaj mnie" - mówiłam - "ja chcę być przywiązana, nie chcę niczego tracić! nie mów do mnie na ten temat."
Teraz, po dziesięciu latach, siedzę o trzeciej w nocy w kuchni i rozmawiam z Kamą. Olśniewa mnie w jednej sekundzie, że całkiem niebuddyjskimi metodami doszłam do podobnych wniosków. Opowiadam o chodzeniu po domu, gdy wszyscy śpią. O tym, że ich głaszczę, przytulam, okrywam i chłonę. Że mi tak dobrze z tym, co teraz mam i że równocześnie to bolesna radość, bo powiązana ze świadomością, że tak nie będzie zawsze. Bo kiedyś mnie nie będzie, ich nie będzie, wszystko może się zmienić w jednej chwili. Ktoś może zachorować, ktoś się wyprowadzić, ktoś odejść. Ale teraz są są są. JESTEŚMY. I tak jest dobrze, jest wspaniale. Opowiadam i płaczę.
Ze szczęścia i dlatego, że wszystko się zmienia. I wszystko mija.
Ale póki nie mija, pławię się w tym, jak rano pod ciepłą kołdrą, pięć minut przed szybką toaletą i wyjściem na mróz.
To dobre pięć minut. Niech trwa jak najdłużej.
Pamiętam jak kilka lat temu jedna blogerka napisała, że jest dumna, bo zawsze umie stworzyć ciepły rodzinny klimat w swoim domu (gdziekolwiek by nie była) i jakie poruszenie to wywołało. No jak to. Napisać tak wprost? Zero skromności!
Z biegiem lat coraz bardziej mnie ta polska mentalność wkurza i cenię ludzi, którzy cenią samych siebie. Nie mówię tu o bufonach, którzy mogliby prowadzić program "jestem jaki jestem, podziwiajcie!" i którzy uważają że nie muszą już niczego się uczyć, ani nad sobą pracować, bo są ucieleśnieniem ideału.
Mówię o tych, którzy mimo kompleksów, ciężką pracą coś zdobyli i umieją się tym cieszyć oraz być z tych osiągnięć dumni.
To ci sami, co na "jaka ładna bluzka", nie odpowiadają "daj spokój, stara szmata. i do tego zobacz, tu ma plamę".
Martwię się wieloma sprawami związanymi z naszym życiem. Martwię się o zdrowie najbliższych, o stan naszych finansów - choć jest o niebo lepiej niż było w poprzednim miejscu zamieszkania - o jakieś inne sprawy. Wkurzam się na drobne niedogodności, wpadam we wściekłość po kolejnej bezsensownej kłótni między dziećmi, irytują mnie okruchy na stole i wszystkie domowe obowiązki (codziennie to samo odkurzanie, pranie, kuweta, pierdoły które zabierają czas, jaki mogłabym poświęcić na coś mądrego.) Czasem mam dość i na wszystkich warczę.
Równocześnie absolutnie, nieprzyzwoicie wprost pławię się we własnym szczęściu.
W mądrości naszych dzieci, w świetnej pamięci i analitycznym umyśle jednego i ogromnej twórczości i żywiołowości drugiej. W cieple i mądrości Pita. W tym jak fajnie ewoluuje nasz związek. W tym, że po jedenastu latach razem, zaczynam tęsknić, gdy tylko wyjdzie/wyjdę z domu. Że nie chodzi o to, by robić wszystko razem, ale o radość z bycia ze sobą, towarzyszenia w drodze. O ten moment, gdy sprawia ci przyjemność robienie komuś przyjemności. I gdy można czuć się bardziej zjednoczonym z drugim człowiekiem, gdy się leży na kanapie z książką, a ten drugi gra na kompie, niż z kim innym non stop trzymając się za ręce.
Kiedyś strasznie mnie wkurzało, gdy Pit mówił o Diamentowej Drodze. Opowiadał o nauce o nietrwałości. O tym, że sztuką jest brak przywiązania, cieszenie się, gdy coś jest i akceptacja tego, że kiedyś nie będzie.
"Daj spokój, nie wkurzaj mnie" - mówiłam - "ja chcę być przywiązana, nie chcę niczego tracić! nie mów do mnie na ten temat."
Teraz, po dziesięciu latach, siedzę o trzeciej w nocy w kuchni i rozmawiam z Kamą. Olśniewa mnie w jednej sekundzie, że całkiem niebuddyjskimi metodami doszłam do podobnych wniosków. Opowiadam o chodzeniu po domu, gdy wszyscy śpią. O tym, że ich głaszczę, przytulam, okrywam i chłonę. Że mi tak dobrze z tym, co teraz mam i że równocześnie to bolesna radość, bo powiązana ze świadomością, że tak nie będzie zawsze. Bo kiedyś mnie nie będzie, ich nie będzie, wszystko może się zmienić w jednej chwili. Ktoś może zachorować, ktoś się wyprowadzić, ktoś odejść. Ale teraz są są są. JESTEŚMY. I tak jest dobrze, jest wspaniale. Opowiadam i płaczę.
Ze szczęścia i dlatego, że wszystko się zmienia. I wszystko mija.
Ale póki nie mija, pławię się w tym, jak rano pod ciepłą kołdrą, pięć minut przed szybką toaletą i wyjściem na mróz.
To dobre pięć minut. Niech trwa jak najdłużej.
niedziela, 19 lutego 2012
paczę a tu odwilż
Wczoraj nabawiłam się doła przy szukaniu nowych spodni - wszystkie mi się podarły, w s z y s t k i e .
Wróciłam do domu bez spodni (nowych, tych z tyłka nie sprzedałam), za to z mocnym postanowieniem zintensyfikowania starań w kierunku zmiany trybu życia.
Od jakiegoś czasu żywię się głównie zielonym (bób jest zielony, prawda?;)), zaczęłam ćwiczyć i... nie ma żadnych efektów :D
Ale mam to gdzieś, efekty w końcu będą, bo to nie dieta, tylko zmiana funkcjonowania.
Obiecywałam sobie poranne szaleństwa z psami od dłuższego czasu, ale nie miałam w czym - buty mi umarły. Mówiąc szczerze nie miałam też wielkich chęci, by się o świcie zrywać, ale odpowiednio ohydnie oświetlone lustra w przymierzalniach potrafią zdziałać cuda w dziedzinie motywacji, zapewniam.
Choć spodni nie kupiłam, doszłam do wniosku, że muszę kupić buty. Dobre na śnieg i na wiosnę, nadające się do łażenia po łące (Trochę mizerna ta łąka, będąca w części opuszczonymi ogródkami działkowymi i coraz bardziej obudowywana betonem, ale pocieszam się, że nie zabetonują kanału, ani pobliskich bagien przechodzących w rezerwat ptaków.).
Pomyślałam, że jak już nic nie znajdę to kupię kalosze.
Nienawidzę zakupów (poza księgarniami i papierniczymi), mówiłam już sto razy? No. Nadal nienawidzę.
Jak mam kupować coś tak niedorzecznego jak ubrania to mnie zęby bolą i jeszcze to przymierzanie... Robię więc to biegiem, kupuję co pasuje i uciekam.
Tym razem taka wyprawa zaowocowała kupnem dwóch par butów. Jedne udają buty trekkingowo-sportowe, a drugie są zwykłymi kaloszami. Obie pary na przecenie w dziale męskim, gdzie zaszłam bez przekonania, bo zwykle na numeracja zaczyna się jednak wyżej, a tu proszę, niespodzianka.
Sportowe kosztowały mnie niecałe 54 złote i rewelacyjnie sprawdziły się na śniegu i lodzie podczas dwóch długich spacerów z psami, drugie zapewne niedługo wypróbuję, bo za oknem deszcz i breja.
Kalosze im nie schodziły, bo nie miały żadnych wspaniałych wzorków w panterkę, są całe czarne i mają jakieś napisy na cholewkach z jednej strony. Kosztowały 18 złotych, więc jak dla mnie to tam może być nawet zaszyfrowana wiadomość w stylu :" kupiłam te buty na przecenie i śmierdzą mi stopy".
Chodziłam już w koszulce CAUTION SLIPPERY WHEN WET, więc nic mi nie straszne.
(Kupiłam sobie też dwa dni przed 11 września 2001 koszulkę "terror gruppe", ale pomińmy.)
No. I za siedem dych mam dwie pary butów i wszystko załatwiłam w kwadrans plus marsz do sklepu.
Wiem, że jestem mentalnym facetem, wiem, ale dobrze mi z tym.
I spóźnione, ale szczere, najlepsze życzenia urodzinowe i moc dobrych myśli dla Dobruchy! Spełnienia marzeń :)
Wróciłam do domu bez spodni (nowych, tych z tyłka nie sprzedałam), za to z mocnym postanowieniem zintensyfikowania starań w kierunku zmiany trybu życia.
Od jakiegoś czasu żywię się głównie zielonym (bób jest zielony, prawda?;)), zaczęłam ćwiczyć i... nie ma żadnych efektów :D
Ale mam to gdzieś, efekty w końcu będą, bo to nie dieta, tylko zmiana funkcjonowania.
Obiecywałam sobie poranne szaleństwa z psami od dłuższego czasu, ale nie miałam w czym - buty mi umarły. Mówiąc szczerze nie miałam też wielkich chęci, by się o świcie zrywać, ale odpowiednio ohydnie oświetlone lustra w przymierzalniach potrafią zdziałać cuda w dziedzinie motywacji, zapewniam.
Choć spodni nie kupiłam, doszłam do wniosku, że muszę kupić buty. Dobre na śnieg i na wiosnę, nadające się do łażenia po łące (Trochę mizerna ta łąka, będąca w części opuszczonymi ogródkami działkowymi i coraz bardziej obudowywana betonem, ale pocieszam się, że nie zabetonują kanału, ani pobliskich bagien przechodzących w rezerwat ptaków.).
Pomyślałam, że jak już nic nie znajdę to kupię kalosze.
Nienawidzę zakupów (poza księgarniami i papierniczymi), mówiłam już sto razy? No. Nadal nienawidzę.
Jak mam kupować coś tak niedorzecznego jak ubrania to mnie zęby bolą i jeszcze to przymierzanie... Robię więc to biegiem, kupuję co pasuje i uciekam.
Tym razem taka wyprawa zaowocowała kupnem dwóch par butów. Jedne udają buty trekkingowo-sportowe, a drugie są zwykłymi kaloszami. Obie pary na przecenie w dziale męskim, gdzie zaszłam bez przekonania, bo zwykle na numeracja zaczyna się jednak wyżej, a tu proszę, niespodzianka.
Sportowe kosztowały mnie niecałe 54 złote i rewelacyjnie sprawdziły się na śniegu i lodzie podczas dwóch długich spacerów z psami, drugie zapewne niedługo wypróbuję, bo za oknem deszcz i breja.
Kalosze im nie schodziły, bo nie miały żadnych wspaniałych wzorków w panterkę, są całe czarne i mają jakieś napisy na cholewkach z jednej strony. Kosztowały 18 złotych, więc jak dla mnie to tam może być nawet zaszyfrowana wiadomość w stylu :" kupiłam te buty na przecenie i śmierdzą mi stopy".
Chodziłam już w koszulce CAUTION SLIPPERY WHEN WET, więc nic mi nie straszne.
(Kupiłam sobie też dwa dni przed 11 września 2001 koszulkę "terror gruppe", ale pomińmy.)
No. I za siedem dych mam dwie pary butów i wszystko załatwiłam w kwadrans plus marsz do sklepu.
Wiem, że jestem mentalnym facetem, wiem, ale dobrze mi z tym.
I spóźnione, ale szczere, najlepsze życzenia urodzinowe i moc dobrych myśli dla Dobruchy! Spełnienia marzeń :)
sobota, 18 lutego 2012
wracam tutaj
Udało mi się wysłać ponad setkę zaproszeń, ale nie wiem jak to działa. Może jednorazowo na stronie może być setka? Bo na początku mi blogspot pisał na czerwono, że przekroczyłam i że może być sto, a potem zezwolił, więc nie mam pojęcia jak to działa. Wysłałam wszystkim, co chcieli. Siostrze, kuzynkom, blogerom. Jakby ktoś Was pytał o dostęp, mówcie, żeby słał prośbę i cv do mnie. Póki blogspot mi pozwoli, będę słać zaproszenia.
Wytrzymałam tydzień. Przyznaję, że brakowało mi tego miejsca bardziej niż sądziłam, że będzie.
Brakowało mi rozmów w komentarzach i Was, moich czytelników.
To, że wracam w chwili, gdy mam potworną niemoc twórczą to doprawdy drobiazg ;)
Zastanawiałam się skąd ta pustka w głowie, nikt jednak nie okazał się uczciwym znalazcą mojego mózgu.
Kiedyś, zmęczona moją gonitwą myśli i setkami pomysłów na minutę, stwierdziłam że najfajniej mają tacy prości ludzie, co to po pracy leżą przed tv i w zasadzie to im wystarcza do zadowolenia. Proste przyjemności, żadnego miotania się. I powiem Wam, że jak ktoś dotąd miał gonitwę, taki stan "pustki mózgowej"wcale nie będzie mu odpowiadał. Bardzo mi brak tego rozkładania na czynniki pierwsze.
Chyba rzeczywiście jest tak, że życiowe spełnienie strasznie rozleniwia. Mimo wielu braków, mimo tego że moje życie to nie je bajka, jestem nasycona. Nie mam wielkich pożądań. Nie miotam się. Chyba jestem szczęśliwa :)
Ale każdy rozwój jest napędzany brakiem, muszę więc pomyśleć jak bez wielkich życiowych zmian, obudzić w sobie coś twórczego. Aktualnie mogłabym czytać, przytulać się do dzieci, spać ze zwierzakami, spacerować, uprawiać seks, jeść bób (tragedia! skończył się w tesco mój ulubiony gatunek! jutro znów pójdę sprawdzić, czy już jest hehe), oglądać filmy. I wcale nie chce mi się o tym nikomu opowiadać. Postanowiłam się zmusić, żeby ruszyć z pisaniem, bo ileż można się pławić w jakimś wewnętrznym błogostanie. Kto by pomyślał, że kiedykolwiek osiągnę stan, w którym będę umiała być szczęśliwa pomimo okoliczności.
Ja nie :)))
I mi tu teraz nie dziękujcie, tylko piszcie co u Was :)
Wytrzymałam tydzień. Przyznaję, że brakowało mi tego miejsca bardziej niż sądziłam, że będzie.
Brakowało mi rozmów w komentarzach i Was, moich czytelników.
To, że wracam w chwili, gdy mam potworną niemoc twórczą to doprawdy drobiazg ;)
Zastanawiałam się skąd ta pustka w głowie, nikt jednak nie okazał się uczciwym znalazcą mojego mózgu.
Kiedyś, zmęczona moją gonitwą myśli i setkami pomysłów na minutę, stwierdziłam że najfajniej mają tacy prości ludzie, co to po pracy leżą przed tv i w zasadzie to im wystarcza do zadowolenia. Proste przyjemności, żadnego miotania się. I powiem Wam, że jak ktoś dotąd miał gonitwę, taki stan "pustki mózgowej"wcale nie będzie mu odpowiadał. Bardzo mi brak tego rozkładania na czynniki pierwsze.
Chyba rzeczywiście jest tak, że życiowe spełnienie strasznie rozleniwia. Mimo wielu braków, mimo tego że moje życie to nie je bajka, jestem nasycona. Nie mam wielkich pożądań. Nie miotam się. Chyba jestem szczęśliwa :)
Ale każdy rozwój jest napędzany brakiem, muszę więc pomyśleć jak bez wielkich życiowych zmian, obudzić w sobie coś twórczego. Aktualnie mogłabym czytać, przytulać się do dzieci, spać ze zwierzakami, spacerować, uprawiać seks, jeść bób (tragedia! skończył się w tesco mój ulubiony gatunek! jutro znów pójdę sprawdzić, czy już jest hehe), oglądać filmy. I wcale nie chce mi się o tym nikomu opowiadać. Postanowiłam się zmusić, żeby ruszyć z pisaniem, bo ileż można się pławić w jakimś wewnętrznym błogostanie. Kto by pomyślał, że kiedykolwiek osiągnę stan, w którym będę umiała być szczęśliwa pomimo okoliczności.
Ja nie :)))
I mi tu teraz nie dziękujcie, tylko piszcie co u Was :)
piątek, 10 lutego 2012
piorun w marchewce
Zapuszczam włosy. W założeniu miałam mieć grzeczne proste, dające się klasycznie spiąć.
Miałam. Póki nie zobaczyłam zdjęcia, które obudziło moje stare tęsknoty.
Mój osobisty fryzjer powiedział, że mi tak zrobi. Pewnie koło wakacji, jak mi włosy na tyle urosną, by był fajny efekt. A naprawdę przez chwilę chciałam mieć w końcu klasyczny wygląd.
Tyle że chyba jeszcze nie czuję się na tyle dorosła, by upinać koczki.
Muszę mieć piorun, co pierdolnął w marchewkę, dla dobrego samopoczucia ;)
Miałam. Póki nie zobaczyłam zdjęcia, które obudziło moje stare tęsknoty.
Mój osobisty fryzjer powiedział, że mi tak zrobi. Pewnie koło wakacji, jak mi włosy na tyle urosną, by był fajny efekt. A naprawdę przez chwilę chciałam mieć w końcu klasyczny wygląd.
Tyle że chyba jeszcze nie czuję się na tyle dorosła, by upinać koczki.
Muszę mieć piorun, co pierdolnął w marchewkę, dla dobrego samopoczucia ;)
czwartek, 9 lutego 2012
prr
Wchodzą tu ludzie z fotoforum.gazeta.pl nic tam nie zamieszczałam, jeśli ktoś, to bez mojej wiedzy i zgody.
Statystyki to zło. Od razu się człowiek zastanawiać zaczyna.
W ogóle jakoś mi tak...
Adres zapisali, gdyby coś?
[zakuurzona małpa gmail.com]
Kończę to: http://www.empik.com/ rodzinna-historia-leku-tuszynsk a-agata,5658,ksiazka-p
i zaraz zaczynam to: http://www.empik.com/ ocaleni-z-xx-wieku-grynberg-mik olaj,p1045926902,ksiazka-p
Tak mi płyną dni ostatnio.
A jak się przejdę w końcu do biblioteki, pożyczę sobie jeszcze to: http://www.empik.com/ biedni-ludzie-z-miasta-lodzi-se m-sandberg-steve,p1045879109,k siazka-p
i to: http://www.empik.com/ farby-wodne-ostalowska-lidia,p1 045658649,ksiazka-p
Rozważam też ograniczenie publikacji około blogowych do strony na fb.
Skoro nie mam ostatnio zbyt wiele do przekazania...
Statystyki to zło. Od razu się człowiek zastanawiać zaczyna.
W ogóle jakoś mi tak...
Adres zapisali, gdyby coś?
[zakuurzona małpa gmail.com]
oraz
Kończę to: http://www.empik.com/
i zaraz zaczynam to: http://www.empik.com/
Tak mi płyną dni ostatnio.
A jak się przejdę w końcu do biblioteki, pożyczę sobie jeszcze to: http://www.empik.com/
i to: http://www.empik.com/
Rozważam też ograniczenie publikacji około blogowych do strony na fb.
Skoro nie mam ostatnio zbyt wiele do przekazania...
środa, 8 lutego 2012
wtorek, 7 lutego 2012
słonecznie, ale zima mogłaby już pójść
jakoś tak cichnę blogowo chyba. częściowo. nie wiem. jakoś tak mi się porobiło.
gdyby coś, [zakuurzona małpa gmail.com]
poniedziałek, 6 lutego 2012
czwartek, 2 lutego 2012
znalazłam różne takie na fb i będę Was katować ;)
W nocy wywaliło mnie z netu w trakcie zmiany blogowych ustawień, teraz korzystam z sieci dzięki uprzejmości znajomego. Wrócę na dobre w poniedziałek, wrócą komentarze, bo mam nadzieję, że internet mi wróci też.
Pozdrawiam!
Ostatnie mam zamiar stosować w praktyce.
Nawet zaczęłam myśleć o powrocie na studia, ale rozważam czy to ma sens.
Pozdrawiam!
Ostatnie mam zamiar stosować w praktyce.
Nawet zaczęłam myśleć o powrocie na studia, ale rozważam czy to ma sens.
środa, 1 lutego 2012
już luty
Pozdrawiam wszystkich zaglądających.
Przepraszam za pobieżne odpowiadanie na komentarze. Taki czas. Minie, jak wszystko.
Pogłoski o tym, że chudnę są mocno przesadzone.
Jako i o tym, że mam świetny humor, choć próbując przełamać
Dni upływają mi na nauce (nadganiam dawne braki, a braki zawsze się znajdą), sprawach domowych i pracy. Wszelakiej.
W "Wysokich Obcasach" rozmowa z Szumowską.
Szumowska mówi tak: Pomyślałam wtedy, że czasem nie mogę już znieść, że każdy dzień potrafi wyglądać podobnie: robienie śniadań, odwożenie dziecka do szkoły, czytanie gazet, sprawdzanie internetu.
Poczułam, że zaczynam się starzeć. Przez rutynę. Zawsze miałam masę sił witalnych, a tu mnie nagle ta stagnacja zaczęła zjadać.
Chcę iść na ten "Sponsoring". Nie byłam w kinie sto lat. Chcę iść na randkę.
p.s. Kupiłam mądrą książkę i będę się starać wykrzesać coś z naszych psów. Zwłaszcza Chojraka. I z siebie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















