blog Elżbiety Zdanowskiej

niedziela, 20 lipca 2014

"Brawurowa powieść, która zachwyciła 1,5 miliona czytelników", ale nie Zdanowską.

Bardzo się ucieszyłam, że  udało mi się znaleźć wydanie "niefilmowe". Uważam że wydawanie książek ze zdjęciami z filmów, które powstały na ich podstawie, krzywdzi książki. Nawet jeśli film jest dobry. W tym przypadku podobno jest. Nie wiem, nie widziałam.

Zależało mi, żeby przeczytać książkę, nim pójdę do kina. Zwyczajnie wolę taką kolejność. Kiedy książkę czyta się po obejrzeniu ekranizacji, ciężko jest wyrzucić z głowy aktorów i w pełni rozsmakować w lekturze. Mnie jest ciężko.

Przeczytałam i chyba zaoszczędzę na bilecie.
Nie mam nic przeciwko retrospekcjom, nawet jeśli stanowią 75 procent fabuły, ale niech to dokądś prowadzi. Na początku stulatek wyskoczył przez okno. Przez pół książki czekałam, aż coś z tej historii wyniknie. Poza niezbyt śmieszną komedią omyłek, nic nie wynikło. Sądziłam, że retrospekcje dokądś czytelnika, czyli mnie, zaprowadzą. I tu pudło. Retrospekcje pokazują nieprawdopodobne koleje losu człowieka, na zasadzie "co by było gdyby", wplecione w wielką historię i epizody dotyczące światowych przywódców. Trzy takie sytuacje może mogłyby rozbawić, ale tu są mnożone na zasadzie popisów klownów. Facet spada z krzesła, podnosząc się klinuje stopę w wiadrze, uderza w półkę, zrzuca na siebie kowadło, a na końcu jeszcze dostaje tortem w twarz. Człowiek czyta i jest coraz bardziej znużony.
Drugie pół książki (gdy straciłam już nadzieję na pointę) czytałam przez tydzień. Cóż, "Paragraf 22" to nie jest.

Może gdyby to byłaby jakaś tam nieznana pozycja, uznałabym że jest taka sobie, nieco przesadzona i po prostu różnimy się z autorem poczuciem humoru. Ale jako światowy bestseller naprawdę rozczarowuje.
Może gdy się siedzi w kinie z grupą znajomych, a fabuła jest upakowana ciasno w dwugodzinne dzieło, jest to do strawienia. Mam jednak obawy, że nawet wówczas nie zaśmiałabym się ani razu.

Jako opowieść za bardzo wydumana i nieprawdopodobna, jako komedia - zupełnie nie mój klimat. Szkoda.


Jonas Jonasson
Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął
Świat Książki, Warszawa 2013

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Pół roku temu nieco wypięłam się z sieci, której mi bardzo brakuje (zwłaszcza ludzi i klimatu rodem z blipa). Co gorsza stopień wysycenia krwi lekturą bardzo mi spadł i tu cierpiałam jeszcze dotkliwiej, bo jak wiadomo życie bez internetu jest smutne, ale bez książek zupełnie nie ma smaku.

Na szczęście wróciła mi ochota na czytanie i to także na czytanie fikcji, w ciągu ostatnich czterech dni przeczytałam trzy książki i to mnie nieco uspokoiło. Może nadal nie jestem do końca sobą - ale nie mam warunków, oj nie mam ku temu od lat. Żeby rozwinąć skrzydła potrzebuję bardzo dużo wolności - ale idzie ku dobremu. Chcę w to wierzyć.

Zbiera mi się na notkę pt. "ten świat jest źle urządzony", ale boję się że jestem za stara na taki idealizm, który w rzeczywistości prezentuję. Więc nie wiem czy pociągnę tę myśl.

Zaplanowałam sobie teraz przeczytanie książek Jane Austen, bo nic nie pamiętam z lektury sprzed lat, a przymierzam się do lektury biografii Austen pióra Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej. Na drugi ogień chyba pójdzie powtórka książek sióstr Bronte i książka "Na Plebanii w Haworth", tej samej autorki. Jeśli gdzieś tę pozycję zdobędę.

Spisałam sobie listę, co poza tym (jak już przeczytam, co na półce czeka):
Drugi dziennik Pilcha, Księgowego Dehnela o czytaniu, Radiotę Niedźwiedzia, biografię Poświatowskiej i chyba chcę też zobaczyć co to za książka "Gwiazd naszych wina", bo na anglojęzycznym youtube często chwalą. Fakt że chwalą to ludzie dużo młodsi ode mnie, ale a nuż... Czytał ktoś? Film podobno jest, ale tak jak w przypadku "Stulatka, który wyskoczył przez okno i zniknął" najpierw chcę poznać książkę. Stulatek czeka na półce.

Gdzie jesteście w sieci? Był czas, gdy wielu siedziało na blipie, był czas rozkwitu facebooka. Teraz mam wrażenie, że wszędzie pusto jakoś i już nie wiem czy tyle osób poblokowałam, że nie widzę i to wynik mojego złego charakteru czy naprawdę "dzieje się" gdzie indziej?

To mi przypomniało jak kolega z pracy chciał sprawdzić co to jest to ask.fm. Założył sobie konto na próbę i komentuje:
kolega: ej, ale tu się zadaje pytania. jak nie mam znajomych, to kogo mam pytać? Ela, załóż konto!
koleżanka: no Ela załóż konto, będziecie się pytać "jaki jest numer zamówienia w bazie..."

Jezus, jacy my starzy jesteśmy, że już nas nie kręcą pytania jak z dawnych złotych myśli. Bo na co komu wiedza co lubię jeść i jaki budynek na świecie najbardziej mi się podoba. Mnie na nic. Choć w sumie wiele wywiadów z celebrytami tak właśnie wygląda, że czytam i myślę "kogo to obchodzi??", a jednak obchodzi, skoro się sprzedaje.

Widzicie, już wchodzę w temat urządzenia świata i "o tempora, o mores!", więc może lepiej w ramach nadganiania klasyki obejrzę sobie "Chinatown".

A w ramach "gdzie się dzieje" to ja jestem tu:
Facebook, Youtube, Twitter (raczej jako obserwator)
A Wy?
Pogodnego tygodnia!

środa, 25 czerwca 2014

Violetta Nowakowska
"Tak kochają lemury"
Grupa Wydawnicza Foksal
Warszawa, 2014

"To zbiór historii o miłości wzajemnej.
O oddaniu człowieka i psiej wierności.
O bliskości, komunikacji, odpowiedzialności i porozumieniu. O jeżach, kawkach, wiewiórkach, psach, chomikach, lemurach, wielbłądach, żółwiach, łabędziach i kotach różnej maści. O ludziach, którzy do nich należą." - fragment z okładki.


poniedziałek, 23 czerwca 2014

Książkę "Walden" Thoreau kupiłam, gdy jasne stało się, że to biblia ludzi zmęczonych konsumpcjonizmem i na wzmianki o niej będę trafiać w większości tekstów, które mnie zainteresują.

O tym, że amerykańska dziennikarka, mieszkająca w Australii z trójką nastoletnich dzieci, postanowiła na pół roku odciąć swoją rodzinę od internetu, telefonu i telewizji, przeczytałam 3 lata temu w WO.
Odtąd czekałam aż książka, która powstała jako wynik eksperymentu, zostanie wydana po polsku.

Susan Maushart źródeł swojego eksperymentu także szuka w lekturze Thoreau.

Przede wszystkim jednak martwiła się o swoje dzieci. Były także inne przyczyny. "Jedną z nich był wywiad jaki przeprowadzałam (...) z pewną rodziną, której sześcioro dzieci, w wieku od dwóch do dwunastu lat, wychowywało się całkowicie bez elektroniki. (...) A dzieci były niesamowite - tryskające energią i pomysłami, pochłonięte zbieractwem szpargałów i ręcznymi robótkami".
Już chyba jasne, dlaczego tak mnie ta lektura zainteresowała.

Towarzyszymy autorce, gdy przymierza się do ogłoszenia rodzinie swojego planu. Towarzyszymy, gdy pod nieobecność syna próbuje wynieść z jego pokoju ogromny telewizor.
"Telewizor Billa, który spokojnie mógł ważyć tyle co ja (...) miał być sporym wyzwaniem. Rozpaczliwie chciałam się go jednak pozbyć, zanim syn wróci z treningu (...) Dobra wiadomość była taka, że odbiornik stał na komodzie dokładnie na wysokości pasa. Z punktu widzenia ergonomii był to fakt pomyślny, bo nie musiałam uginać nóg, żeby go podnieść. Z łatwością można go było opasać rękami - jeśli tylko było się gorylem. Ja nie byłam (...) Może taczki? (...) Po wyłożeniu starą końską derką taczki zmieniły się w zdatną do użytku rykszę. Okrążyłam dom i podjechałam do tylnego wejścia, zaledwie o krok od drzwi pokoju Billa. Zdołałam nawet chwycić telewizor i dźwignąć go z komody, nie mogłam się tylko obrócić ani zrobić kroku. Ani oddychać. Stałam unieruchomiona, gorączkowo zastanawiając się, co zrobić, zanim przedramiona wyskoczą mi ze stawów jak ludzikowi lego, kiedy z głębi przedpokoju z impetem nadszedł Bill owinięty ręcznikiem kapielowym, który powiewał mu wokół kostek jak peleryna na wietrze.
- Mamo! Co ty, do k... nędzy wyprawiasz?
O Boże, nie cierpię, kiedy uzywa wulgaryzmów.
- Co ty, do cholery, wyprawiasz? - powtórzył gniewnie. - Daj, ja to zrobię"
Towarzyszymy, gdy najmłodsza córka się buntuje i wyprowadza do ojca, żeby nie brać udziału w eksperymencie. Widzimy też jak wraca. I jak powoli cała rodzina przechodzi przemianę.
Nie żadne tam nagłe nawrócenie, ale drobne kroki w dobrym kierunku. Poznają samych siebie i siebie nawzajem.

O reszcie wspominam na filmie.

Przeczytajcie książkę Susan Maushart, bo warto.


Susan Maushart
"e-Migranci. Pół roku bez internetu, telefonu i telewizji"
Wydawnictwo Znak
Kraków 2014

wtorek, 10 czerwca 2014

 Kiedyś w księgarni uśmiechnęłam się na widok mężczyzny niosącego do kasy stos książek z fantastyki, a ten szepnął do mnie usprawiedliwiająco: "to jedyna literatura, która nie udaje że nie jest fikcją".
"Wszechświat kontra Alex Woods" to co prawda nie fantastyka, ale także smakowity kawałek fikcji.

Na wstępie jesteśmy konfrontowani z nieco zaskakującymi faktami - oto nastolatek zostaje zatrzymany przy próbie przekroczenia granicy. Wygląda na to, że był poszukiwany, a na siedzeniu obok przewozi urnę z prochami.
Od tego miejsca Alex snuje swoją retrospektywną opowieść. Żeby jednak być bardziej precyzyjnym, cofnie się aż do ..."Na dobrą sprawę mógłbym się cofnąć aż do momentu mojego poczęcia. Mama zawsze była wyjątkowo otwarta, jeśli chodzi o ten aspekt mojej egzystencji*". Tak głęboko w przeszłość głównego bohatera sięgać nie będziemy. Może na szczęście.
Alex zacznie od wypadku, w którym uczestniczył w wieku dziesięciu lat. A nie była to żadna prozaiczna stłuczka na drodze, ale "wypadek bez precedensu w historii ludzkości*", jak zwykła go opisywać prasa. Wypadek, który zmienił całe dalsze życie chłopca i naznaczył go na lata.

Gavin Extence jest młodszy ode mnie interesuje się astronomią i sporo swoich zainteresowań oddał bohaterowi książki, którą stworzył. O dziwo nie jest to jednak nużące; może dlatego że skrojone na potrzeby nastolatka-samouka i dzięki temu laik niezainteresowany tematem czyta to wszystko bez przegrzewania zwojów.

Jedyne co mi w książce zgrzyta to fakt, że choć narrator jest młodym człowiekiem, często brzmi nieco naiwnie i podkreśla swoją nieświadomość, robi to równocześnie z perspektywy kogoś wszechwiedzącego. Brzmi to jakby autor nie bardzo mógł się zdecydować jak prowadzić tę narrację.
Ale to naprawdę drobiazg.

"Wszechświat kontra Alex Woods" jest przyjemnie napisaną, zajmującą ciepłą historią o dorastaniu, nietuzinkowej przyjaźni i tak niepopularnych zjawiskach jak lojalność i zaufanie. Bardzo dobrze się czyta i mimo śmierci, która wisi nad tą opowieścią od pierwszej sceny, naprawdę daje nadzieję.
Czy nad tą książką unosi duch Irvinga i Vonneguta - jak pisali w Guardianie? Chyba coś w tym jest. Ja jednak jestem ciekawa co jeszcze pokaże nam sam Gavin Extence. Oby pozostał sobą, bo jest w tym, co robi zawodowo BARDZO przyzwoity.



W najbliższą niedzielę autora tej książki będzie można posłuchać na żywo.
Na spotkaniu, które odbędzie się w ramach Big Book Festival.
W POSZUKIWANIU POWIEŚCI DOSKONAŁEJ. Świat kontra literaci. // Czy możliwe jest dziś pisanie powieści? O gustach czytelników i marzeniach pisarzy, konwencjonalnych pomysłach i nowoczesnych konstrukcjach. Rozmawiają Gavin Extence i Ignacy Karpowicz. Prowadzi Juliusz Kurkiewicz. //
NIEDZIELA 15.00-16.30, WARSZAWA, DOM ARTYSTY PLASTYKA, UL. MAZOWIECKA 11



*  Gavin Extence "Wszechświat kontra Alex Woods" strona 23.


Gavin Extence "Wszechświat kontra Alex Woods", Wydawnictwo Literackie, 2014


sobota, 7 czerwca 2014

W moim liceum nosiło się pod pachą Dostojewskiego, Gombrowicza, Szekspira i może jeszcze Freuda. Wszystko, co pozwalało wyglądać na intelektualistę. Nie mówię, że się tego nie czytało, ale że czytanych dzieł lżejszych nie wyciągało się publicznie. Raczej.

Im byłam starsza, tym więcej czytałam biografii, listów i dzienników, uważając że skoro mam tak mało czasu (wszyscy mamy za krótkie życia), dobrze by było nauczyć się o świecie jak najwięcej.
Uważałam, że to bardziej wartościowe.
Zdarzało mi się nawet czuć pewną wyższość, gdy myślałam o czytelnikach pozycji w stylu "50 twarzy Greya", gdzieś tam można to odczytać w nie tak odległych tekstach.

Coś mi się jednak w głowie przestawiło.
Nie zacznę nagle czytać K.Grocholi (próbowałam kiedyś czytać i ją i M.Kalicińską, chcąc sprawdzić co ludzi zachwyca, ale zdecydowanie nie jest to moja bajka), ale nie uważam że powinna przepraszać za swój sukces, bo sprzedaje szkodliwy społecznie stereotyp, jakoby kobiety chciały w życiu tylko księcia na białym koniu.

W ostatnich Książkach Przemysław Czapliński zastanawia się po co nam literatura popularna.
I mówi między innymi o wydawcy harlequinów - "nasze czytelnictwo w połowie lat 90. było w połowie zasługą powszechnie pogardzanej i protekcjonalnie traktowanej firmy wydawniczej" (Arlekin)
A dalej: "Tania Modleski (...) stwierdziła, że krytycy przeceniają znaczenie treści popularnych powieści, a nie doceniają aktu czytania. Główne korzyści czerpane z czytania mają bowiem charakter nie poznawczy, lecz emocjonalno-psychiczny".

To się pokrywa z tym, czego dowiedziałam się na chwilę przed przeczytaniem tekstu Czaplińskiego. Z pierwszej ręki. (Moja praca jest może nieco wykańczająca, ale aspekt edukacyjny jest nie do przecenienia - inspirujący ludzie i mnóstwo nauki przez praktykę.)
Kobiety przy lekturze opowieści o "rycerzach" wcale nie kopiują przeczytanych treści do swojego życia. Za to często odkrywają w sobie odwagę i siłę do życia w zgodzie z pragnieniami. Odkrywają swoje pożądania i uczucia. A potem piszą listy dziękczynne do wydawców, bo dzięki nim zmieniły swoje życie.
I ponownie Czapliński:"Spychanie romansu do niższego kręgu literatury nie inspiruje ludzi do sięgania po książki 'ambitne', lecz utrwala społeczny podział i w najgorszym przypadku zniechęca do czytania w ogóle".



W trakcie Warszawskich Targów Książki przysłuchiwałam się rozmowie "Kobiety piszą - kobiety czytają", którą prowadziła - zresztą świetnie - Dorota Koman. Rozmawiały: Małgorzata Gutowska-Adamczyk, Hanna Cygler, Manula Kalicka. I choć nie przeczytałam w życiu książki żadnej z tych pań i nie wiem czy przeczytam, miło się słuchało jak opowiadają o pisaniu, współpracy, wsparciu wśród pisarek i tworzeniu Festiwalu Literatury Kobiecej. Nie było w tych opowieściach zadęcia, było sporo ciepła i humoru. Świetnie, że kobiety piszą i kobiety czytają.

Wszyscy mamy za krótkie życia. I dobrze by było nauczyć się o świecie jak najwięcej. Ale zabawmy się też trochę, na bogów. Niech żyje czysta rozrywka i przyjemność! Byle nie przez cały czas, bo jak pokazuje scena z "Dziewczyn do wzięcia" - i bitej śmietany można mieć przesyt.

W 'targową' sobotę udało mi się spotkać w Kici Kociej z blogerami książkowymi i autorami książek - pełną listę publikuje Kasia na blogu MOJA PASIEKA.
Bardzo Wam dziękuję. Jak miło jest się spotkać z ludźmi, którzy czytają, lubią o tym mówić, a przy tym są naturalni, nie silą się na nic i zwyczajnie - są fajni. Wyszłam z tego spotkania naładowana dobrą energią, uśmiechając się do samej siebie.
Jak tylko nieco mi się codzienne zadania uspokoją - bardzo chciałabym to powtarzać.






Ostatnie zdjęcie pochodzi od http://ksiazkiwpajeczynie.blogspot.com/
Podpis Kasi jest bardzo adekwatny: "Grupa wsparcia z terapii uzależnień. Przypadek silnej bibliofilii" :)

Notuję adresy, żeby mi z głowy nie wypadło:
Agnieszki nie muszę notować, ale niech tam :)
http://www.przykominku.com/
http://notatkicoolturalne.blogspot.com/
http://kochamksiazki.pl/
http://www.zakladnik-ksiazek.pl/
http://zapiski-z-przypomnianych-krain.blogspot.com/
http://uzaleznionaodczytania.blogspot.com/
 http://asymaka.blogspot.com/
http://kaliningrad.blox.pl/html
http://kacikzksiazkami.blogspot.com/
http://www.ekundelek.pl/
http://czytadeko.blox.pl/html


p.s. A w kwestii czystej przyjemności dla dwunastolatków - polecam tę serię. Pierwszy tom kupiłam Młodemu na Dzień Dziecka i tak się przy nim zaśmiewał, że wczoraj przyniosłam kolejny. Już go kończy i prosi o jeszcze.


ZAPRASZAM NA PROFIL NA FACEBOOKU: KOMBAJN ZAKURZONEJ

niedziela, 25 maja 2014

Wszystkim nam brakuje frajdy (na melodię "wszystkim nam brakuje szczęścia"), a ułuda dobrej zabawy teoretycznie sprzedaje wszystko.
Co prawda dawno nie oglądałam telewizji, ale myślę że tak bardzo się to nie zmieniło. Reklamy piwa, soków, a nawet tamponów pokazują nam jak dobrze moglibyśmy się bawić, gdybyśmy tylko kupili, co nam się proponuje.


Wkurza mnie mój nabyty brak entuzjazmu i to, że z wiekiem człowiek traci umiejętność  słabo uzasadnionej ekscytacji.

Niektórzy nieustannie pracują nad złudzeniem dobrej zabawy.

Dlaczego to robią?
a) Żeby nam coś sprzedać - konkretny produkt albo siebie samych.
Nie ma co się oburzać. Codziennie "sprzedajemy" samych siebie - potencjalnym pracodawcom, partnerom, przyszłym teściom...
Nie oceniam. Ale nikt normalny nie może mieć ciągle świetnego humoru, na bogów! Znałam kiedyś dziewczynę, która wiecznie była roześmiana - pół roku mi zajęło odkrycie jak strasznego kryje pod tą maską człowieka. Patrzę więc. Chwilami pełna prawdziwego podziwu (że też się komuś chce tak radować, choćby i fałszywie), a chwilami włącza mi się postawa: "serio? znajdź sobie prawdziwą pracę i trochę innych obowiązków, wtedy pogadamy".
b) Żeby przekonać samych siebie, że jest super.
Nawet to rozumiem. Kiedy przeglądam stare zdjęcia (a zwykle, jak większość ludzi, uwieczniam raczej dobre chwile), wydaje mi się że kiedyś było łatwiej. Tak, zapewne, zwłaszcza z niemowlakiem i fatalną robotą. Ale wiecie, to jak z eksperymentem z ołówkiem, o którym już na pewno kilka razy pisałam. Dowiedziono, że nie tylko emocje mają wpływ na nasze ciało, ciało także może wpływać na emocje. Nasze mózgi nie są takie sprytne, jak się czasem wydaje i sporo można im wmówić. Nawet to, że jesteśmy bardziej zadowoleni, niż naprawdę jesteśmy.

Tym przydługim wstępem do czegoś zmierzałam. A mianowicie:
W świecie pełnym fałszywego entuzjazmu prawdziwa pasja jest towarem deficytowym i tym mocniej trzeba ją doceniać.
Przedstawiam Państwu "Ex libris. Wyznania czytelnika"Anne Fadiman.
Zbiór osiemnastu esejów, które autorka napisała w ciągu czterech lat.

Po napisaniu powyższego zdania postanowiłam przypomnieć sobie nieco treść, przekartkować tę książkę. Ocknęłam się po przeczytaniu połowy.




Anne Fadiman pisze w przedmowie: "Zaczęłam pisać 'Ex libris', gdy zdałam sobie sprawę, jakie to dziwne, że o książkach pisze się tak, jak o tosterach. Czy ta marka tostera jest lepsza niż tamta? Czy ten toster za 24,95 dolara to właściwy zakup? Ani słowa o tym, co mogę pomyśleć o moim tosterze dziesięć lat później i nic o czułości, jaką mogę wciąż darzyć stary egzemplarz. Ów model czytelnika jako konsumenta - do utrwalenia którego sama przyczyniłam się wieloma recenzjami - niemal zupełnie pomija coś, co uważam za istotę czytania: nie chęć nabycia nowej książki, ale to jak podtrzymujemy związki ze starymi, tymi, które przebywają z nami od lat, z tymi których faktura, barwa czy zapach stały się nam tak bliskie, jak skóra naszych dzieci."

Fadiman jest zabawna, błyskotliwa i niesamowicie oczytana, a przy tym wszystkim nie sili się na wysoki ton. Te eseje to pełne ciepła historie, w których widać duży dystans do siebie i wielką miłość do książek.
Autorka opowiada o tym jak ubożeje nasz język - to jeden z moich ulubionych esejów. No dobra, wszystkie są na swój sposób ulubione. 
Ale jak nie lubić tekstu, w którym autorka bada, kto z jej znajomych zna słowa takie jak opoponaks i mefityczny. Mój edytor tekstów na pewno nie zna, bo podkreślił je na czerwono. "Psoty wieloczłonowców" (tego słowa też edytor nie zna) to esej, w którym znajomy dramaturg tak komentuje (nie)znajomość listy słów, którą sporządziła autorka. Notabene (Zgrzytam zębami pisząc to razem. Cztery lata łaciny w szkole robią swoje.)  są to słowa spisane z książki Carla Van Vechtena "Tygrys domowy". 
A dramaturg mówi tak: "Znamy mniej słów, a te, które znamy, nie są takie ładne. Posłuchaj tylko słów ze swojej listy! Słowa, które utraciliśmy, są na ogół konotacyjne, a te, które zyskaliśmy, przeważnie denotacyjne. Nigdy nie widziałem, by słowa modem użyto w wierszu".

Są w tym zbiorze opowieści: o tworzeniu małżeńskiej biblioteki i sporach czyj egzemplarz zdublowanego tytułu należy oddać; o tym, że każdy z nas ma swoją specjalną półkę, na której upycha książki z dziedziny nie mającej nic wspólnego z resztą księgozbioru, która jednak wiele potrafi o właścicielu powiedzieć. Jest też tekst "Tak nie wolno obchodzić się z książką", który zmrozi krew w żyłach każdego, kto traktuje książki z pietyzmem. Co gorsza, jest to napisane w taki sposób, że aż ma się ochotę nieco pomazać i zniszczyć swoje idealne egzemplarze biblioteczne.
To tylko zarys. Bardzo kaleki. Zresztą, po tej lekturze, człowiek czuje się nieco głupawy, ale wraca, czerpiąc z czytania Fadiman masochistyczną przyjemność.


Anne Fadiman
Ex libris. Wyznania czytelnika
Świat Literacki, Izabelin 2004

sobota, 12 kwietnia 2014


1.
Nieco już zniecierpliwiona oczekiwaniem, krótko przed wyjściem z pracy dzwonisz do grafików sprawdzić, czy ktoś się w ogóle zajmuje tym, co zleciłaś i słyszysz: "chodzi ci o to, co już zesłaliśmy, bo zaakceptowałaś cztery godziny temu?"

2.
Przychodzisz do pracy. Wymieniasz słowa powitania z koleżanką z biurka obok.
Kilka minut później koleżanka wychodzi na spotkanie, a ty zajmujesz się robotą.
Po pięciu minutach ktoś z innego działu pyta o koleżankę.
Ty: Nie wiem. Chyba jej dzisiaj nie było. Nie widziałam jej.
Ktoś: O, ale jest jej torebka...
Ty: O Jezu! Tak, oczywiście, że jest, nawet z nią rozmawiałam. Źle ze mną chyba.
Pół godziny później koleżanka wraca, spogląda na ciebie i mówi: O, cześć Elu, chyba się jeszcze dziś nie witałyśmy...



3.
Dostajesz maila o treści:  
A dasz mi czwarty tekst? Będzie pasowało
Odpisujesz:  
No tu już musimy wsadzić tę erekcję. Nic innego nie mam - i dopiero, gdy klikasz 'wyślij' dociera do ciebie, co napisałaś.
Po chwili dostajesz odpowiedź: 
"no tu już musimy wsadzić tę erekcję" - oj, Ela, chyba jesteś zmęczona ;-))) 



Tak, jestem zmęczona. Ale w ten weekend chciałabym Wam jeszcze opowiedzieć o pewnej książce. Może jutro? 

sobota, 5 kwietnia 2014


Czytam od początku.
Trudno uwierzyć, że to już piętnaście lat, przecież ja nadal mam dwadzieścia.
Chciałam Wam pokazać najukochańsze numery, ale przy przeglądaniu uznałam, że za dużo tego będzie. Niektóre artykuły czytałam dziesiątki razy, a potem miałam ochotę oprawić w ramki. Wiele numerów od deski do deski, ale są takie, których do dziś w całości nie przeczytałam.
Gdy byłam młodsza, czytałam od początku do końca: listy, felietony... a potem nawet urodę, której teraz praktycznie nie czytuję - piękniejsza już nie będę.
Dawniej miałam poczucie, że łączą mnie te "Obcasy" z innym światem, dziś wiem, że tak naprawdę wszędzie jest podobnie, więc biorę z nich tylko to, co mnie naprawdę pociąga. Nie interesują mnie jakieś tam "średnie", stąd na przykład mój kompletny brak entuzjazmu przy dziale z listami od czytelników. W dyskusje akademickie od dawna nie wchodzę, flejmy omijam, gadatliwych ludzi na przystankach też, na forach nie bywam, średnio więc mnie interesują listy.

Żałuję, że praktycznie zniknął dział "Styl życia", w którym można było zobaczyć jak mieszkają inni, interesujący ludzie, a przy okazji przeczytać ich historie.
Dziś najbardziej lubię rozmowy (zwłaszcza Agnieszki Jucewicz - wybiera świetnych rozmówców i zawsze wyciąga z nich coś pasjonującego) i "Typ tygodnia", który często staje się początkiem moich licznych obsesji poznawczych. Czytam o kimś, o kim może nigdy nie słyszałam, a potem zaczynam zgłębiać temat, odkrywam nowe światy i nie dość, że się dobrze bawię, to jeszcze poszerzam wiedzę.

Moja kolekcja jest niepełna.
Brak mi sporej części początkowych numerów - efekt kilku przeprowadzek.
Szkoda, że nie mam numeru z Masłowską. Nie tego z pierwszym wywiadem w WO (ten mam i, gdy wyszedł, czytałam siębiernaście razy zieleniejąc z zazdrości, że drugą Masłowską nie będę), ale tego, w którym opowiada co u niej, ma już dziecko i jakieś takie zdjęcie w sukience w grochy na trawie, czy jakoś tak.
Najstarszy numer, który się u mnie zachował, to ten z Lucyną Legut na okładce. Z października 1999 roku.



Niektóre teksty z tych piętnastu lat można przeczytać na stronie Wysokich Obcasów.

środa, 2 kwietnia 2014

Ponad rok temu jechałam autobusem do dentysty i rozmyślałam*. Jak zwykle w kiepskim nastroju w okolicy swoich urodzin, zastanawiałam się które punkty w przeszłości powinnam zmienić, żeby być aktualnie na innym, oczywiście przyjemniejszym, etapie życia. I jak bardzo zmieniłoby się moje życie, jak ja bym się zmieniła, bez doświadczeń które aktualną mnie ukształtowały. Wówczas wpadł mi do głowy pomysł, przyznaję może nieco banalny - Efekt motyla oglądałam prawie dekadę wcześniej - by opisać historię alternatywnych losów jednego człowieka. Pobawić się w rozważanie jak bardzo drobne zmiany w życiu wpływają na naszą przyszłość. I czy, wracając do kluczowych momentów, bylibyśmy w stanie postąpić wbrew uczuciom/przekonaniom, wiedząc dokąd nas to, co zrobimy, zaprowadzi.
Pomysł napisania takiej fabuły zarzuciłam. Miałam mnóstwo ważniejszych spraw na głowie.

I oto, rok później nakładem Wydawnictwa Czarna Owca ukazuje się historia oparta na "moim" pomyśle.
Cóż, zwykle nie jesteśmy w swoich koncepcjach tak oryginalni jak sądzimy.
Pierwsza myśl? Mam nadzieję, że skoro już ktoś zrealizował mój plan, jest to przynajmniej dobrze napisane.
Druga myśl? Matko, ależ to grube! Przy moim obecnym planie dnia "Jak zostałem pisarzem" Stasiuka (128 stron) czytałam tydzień, a przecież bardzo mi się podobało. Ile czasu zajmie mi przeczytanie ponad 560 stron?
Cóż, krócej niż sądziłam.

Przede wszystkim jest to powieść obyczajowa. Tak dawno nie czytałam sensownej powieści obyczajowej! A nawet trochę saga rodzinna - główna bohaterka ma całkiem liczną rodzinę, na której losy początkowo nieświadomie, a później już celowo, wpływa.
Ursula rodzi się 11 lutego 1910 roku i tylko to jest jakąś stałą. Wielokrotnie ginie, w różnych okolicznościach, głównie w wyniku nieszczęśliwych zbiegów okoliczności. Jak się głębiej zastanowić, to wszystko co nas spotyka jest naznaczone przypadkowością i nie sposób oprzeć się wrażeniu, że często o najistotniejszych zajściach decydują zbiegi okoliczności.
Gdybyśmy tylko wiedzieli, co się wydarzy, w życiu nie poszlibyśmy tą drogą... Ursula ma taką możliwość. Kiedy zaczyna to na poły przeczuwać, na poły rozumieć, ratuje najcenniejsze. Przeżywa w kółko to samo życie, na szczęście nie pamiętając wszystkiego - to byłby nieznośny dzień świstaka - ale wyczuwając niebezpieczeństwo. Nie wszystko udaje się naprawić, widać nawet gdy życie jest testem wielokrotnego wyboru, trudno jest stworzyć jego wersję idealną. I chyba całe szczęście dla czytelnika.
Idąc z bohaterką przez dziesięciolecia, czytając o wojnach, codzienności i rozrywkach, człowiek zaczyna się zastanawiać jak wyglądałby świat, gdyby kilka znaczących postaci nigdy się nie urodziło, nie doszło do władzy lub zginęło... nie do końca przypadkowo. Co musiałoby się zdarzyć, żeby nie było II wojny światowej, jak potoczyłyby się losy Europy, jak zmienił dorobek cywilizacyjny i w rezultacie nasze życie.
Można sobie całkiem interesująco nad tą lekturą pogdybać.
Dobrze się czyta.

P.s. Nie wiem jak Wy, ale ja (choć czasem myślę, że kilka faktów bym w swoim życiorysie zmieniła) gdybym naprawdę mogła, nie zaryzykowałabym zmiany. Obawiam się, że mogłabym w rezultacie wylądować bez ludzi których kocham, w całkiem innej rzeczywistości. Być może spełniałabym swoje spisane w liceum marzenia, ale tylko dzisiejsza ja wiem, jak bardzo są odległe od tego, co mnie realnie po trzydziestce uszczęśliwia.

*tak dobrze to pamiętam, bo wtedy zdecydowałam, że czas po kilkunastu latach rzucić palenie i od tamtej chwili nie palę.

Kate Atkinson
Jej wszystkie życia
Wydawnictwo Czarna Owca
Warszawa, 2014

sobota, 29 marca 2014

(zdjęcie Pączka bez związku z tematem, ale Pączek jest zawsze na miejscu)


Kiedy przyszłam do nowej pracy, od razu musiałam poznać dziesiątki osób. Miałam wrażenie, że mózg mi się przepełnia i moja przypadłość pt. "nie pamiętam imion i twarzy w minutę po przedstawieniu" tylko się nasiliła.
Żeby nie oszaleć, przy wpisywaniu każdej osoby w służbową komórkę, robiłam fotkę jej zdjęcia z firmowej książki telefonicznej. Kiedy ktoś dzwoni, wyświetla mi się jego zdjęcie, dzięki czemu mogę być pewna, że w razie nagłego ataku amnezji, będę bezpieczna.
Wczoraj nie było naszej koleżanki i zadzwoniła do mnie akurat, gdy rozmawiałam z szefową.

Szefowa patrząc na mój telefon: "Masz komórkę Kasi?"
Ja skonsternowana (przecież wszyscy znamy jej komórkę, jest w książce), niepewnie : "Taaak. Właśnie do mnie dzwoni".
Szefowa ze śmiechem: "Aaa bo zdziwiłam się, że masz Kasię na tapecie. Ale potem uznałam, że chyba nie powinnam pytać"
:))

***

Po raz kolejny tego dnia pojawiam się u grafików.
Grafik: Znowu? Wy to macie...
Ja: Nie strzelaj do posłańca
G: Wiem, wiem. My jesteśmy z tej samej kasty. W Indiach też była taka kasta... palaczy zwłok.

***

A teraz mrożąca krew w żyłach opowieść.
Idę szybkim krokiem (zapewne do grafików), drapię się po głowie i wyczuwam z tyłu jakiś paproszek albo nie wiadomo co. Chyba strupek, bo czuję, że lekko trzymał się skóry. Wyjmuję z włosów spoglądam i widzę, że spomiędzy palców wystają mi ruszające się brązowe nogi!
Jezuuuu Trzysta myśli od razu. Na pewno mam wszy, były w przedszkolu i szkole. Dzieci co prawda nie mają, bo sprawdzam ciągle, ale może jakoś przeszły od razu na mnie. Nie dać po sobie poznać. Matko, co teraz? Będę musiała ogolić głowę. Albo w ogóle obciąć całą. Fuuuj - to wszystko w ciągu sekundy od dokonania odkrycia, przed tym jak zawróciłam na pięcie i poleciałam do łazienki.
Zamknęłam się w kabinie i próbowałam to cholerstwo zabić, żeby się nie ruszało, a potem na spokojnie obejrzeć. Nie daje się. Jest jakieś płaskie i twarde. Udaje mi się to lekko ogłuszyć, robię zdjęcie i nerwowo szukam w internecie zdjęć insektów. Dzięki wam, bogowie, za internet w komórce! Coś nadal się rusza, więc topię niedoszłego trupa w toalecie, jak mistrz ukrywania dowodów. Wreszcie mam trafienie. Dla pewności przesyłam jeszcze fotkę Pitowi, żeby był konsultantem. Kleszcz.
Nie poznałam, bo był chudy i głodny. Napęczniałego od razu bym zidentyfikowała.
Skąd kleszcz nagle? Nie chodzę przez chaszcze do pracy. Nie od psów, bo gdy wróciły ze spaceru, ja już się do nich nie zbliżałam. Zresztą pies jest cieplejszy niż człowiek, robal zostałby na psie.
Ale ile nerwów mnie to kosztowało! Gdyby ktoś to wszystko obserwował... Musiałam nieźle wyglądać.

***

Wczoraj miałam urodziny.
Zastanawiałam się czego sobie życzę i uznałam, że:
- zdrowia dla mnie i najbliższych,
- więcej czasu dla ludzi, których kocham, dla siebie i na takie zwykłe zajęcia, a także na myślenie i czytanie
- długiego życia (z ludźmi, których kocham)
Resztę sobie zdobędę. Krok po kroku.
Pomyślałam, że skoro mam takie życzenia, to chyba jestem raczej spełniającym się człowiekiem.

Pomyślałam też, że chyba dość milczenia.
Pisanie do Was było dla mnie zawsze bardzo ważne i nie chcę nagle z tego rezygnować tylko dlatego, że zasypiam w ubraniu ze zmęczenia. Coś wymyślę :)
Witajcie po przerwie!

sobota, 22 lutego 2014

Czuję wiosnę. W zasadzie czuję się już chwilami jak w tym początkowym etapie zakochania, gdy jeszcze się z obiektem uczuć nie spotykamy, a już nie możemy spać (jeść niestety możemy, ale nie wiemy na co mamy ochotę), budzimy się przed budzikiem i jacyś tacy rozedrgani jesteśmy.

A więc zaraz wiosna.
Nim jednak wybuchnie, każe mi przysypiać wieczorami, leczyć dziwny ból gardła i często funkcjonować w trybie zombie. Pomiędzy momentami rozedrgania.
Myślę, że w końcu oszaleję, albo coś. Zwłaszcza albo coś. 

Niektórzy z Was pytają w mailach dlaczego nie piszę.
Chciałam napisać, że nie piszę, bo nie czytam, ale to nie do końca prawda.
Czytam bardzo dużo prasy :)
Przeczytałam Masłowską i "Szczęśliwą ziemię" Orbitowskiego, czytam "Śpiewaj ogrody" Pawła Huellego (Długo już je czytam, bo po kilka stron wieczorami. Wstyd że tak długo, zwłaszcza że lektura pożyczona) i kryminał jeden, bo kryminały mi jakoś zawsze najlepiej wieczorami wchodziły - czysta rozrywka.
Nie jest to urobek imponujący, ale w czasie wolnym bardzo chcę i lubię robić coś z dzieciakami i Pitem. W związku z powyższym istnieje obawa, że przez chwilę kombajn będzie raczej fotoblogiem, ale to przejściowe.

Powtarzam sobie, że przyjdzie wiosna, więcej ruchu, więcej energii. Mam kilka pomysłów w związku z blogiem i za moment je wprowadzę.
Ale dziś po intensywnym dniu mam zamiar udawać, że mam urlop i kawałek nocy poświęcić na maraton filmowy.

Z kinowych to mam wielką ochotę na "Tajemnicę Filomeny". Byliście? Powinnam zwalczać tę ochotę?

Zaś z książek, w najbliższym czasie bardzo chcę dorwać:
Beksińscy. Portret podwójny Grzebałkowskiej
Pułapki myślenia Kahnemana
no i oczywiście Janion. Transe - traumy - transgresje. 2: Prof. Misia 

W bibliotece nazamawiałam kryminałów (Connellego i Robinsona) i już od ponad miesiąca czekam na Drugi Dziennik Pilcha (bo pierwszy mi się podobał. i bo to Pilch i dziennik), Ostatnie rozdanie Mysliwskiego (bo chcę przeczytać wszystko z listy Z NAJWYŻSZEJ PÓŁKI) i Ziarno prawdy Miłoszewskiego. Czy ludzie muszą tak przetrzymywać te egzemplarze?

Jeśli w ostatnim czasie ukazało się coś świetnego, co Was porwało, podzielcie się ze mną, będę sobie powoli wpisywać na listę.

Skoro wspominałam o fotoblogu, nie będę gołosłowna.
Trzymajcie się!













sobota, 8 lutego 2014


Na dobry początek weekendu.


Fotel jest wiecznie zajęty.


Nocni wędrowcy przemierzają międzypokojową przestrzeń. Często podróżują z własną pościelą.


Późną nocą lądują w naszym łóżku.


Sobota. Śniadanie i prasa dostarczana do łóżka, czyli żona ma wolny poranek i przejmuje nawet poranny spacer z psami.


Kolejny normalny dzień w pracy.


Raz w tygodniu udaje mi się zająć fotel, ale od razu mnie obłażą.





czwartek, 6 lutego 2014




Nie wiem co mnie podkusiło, choć nie, w sumie wiem. W ostatnim czasie kilkakrotnie umawiałyśmy się z Kamą do kina i nic z tego nie wychodziło. Tym razem się zawzięłyśmy. Uznałyśmy, że skoro nie mamy czasu na czytanie i nagrywanie, niech choć w kinie wsączy się w nas odrobina kultury. Obejrzałyśmy zwiastun i, zachęcone, udałyśmy się na seans.

Dobrze, że nie miałam siły wziąć się za ten tekst wczoraj, może dzięki temu będę mniej złośliwa. Kto wie.

Oczywiście zgadzam się, że piękne widoki i nawiązania do klasyki filmowej. Można też ten film czytać wielowarstwowo, ale umówmy się, jak ktoś się uprze to i w monitoringu z centrum handlowego znajdzie mnóstwo symboliki. 
W filmie jest scena obśmiewania sztuki polegającej na obwiązaniu się tkaniną, uderzeniu z główki w ścianę i okrzykach. Szczerze? Nie wiem w czym ten film był lepszy od tego, co obśmiewał jego główny bohater. Tak, wiem to pewnie trzeba czytać ironicznie och, jakże to głębokie i wybitne. Tylko że jakoś nie.
Wiem, że "Słowacki wielkim poetą był*" i "jak to nie zachwyca Gałkiewicza, jeśli tysiąc razy tłumaczyłem Gałkiewiczowi, że go zachwyca*", ale jednak nie. Przykro mi. Król jest nagi.

Pustkę życia rzymskich elit pokazały już pierwsze sceny. Czy naprawdę trzeba było to samo przez dwie i pół godziny powtarzać? Żeby co? Żeby było dobitniej?
Piękne zdjęcia, fakt. I przyznaję, że, kiedy po pół godzinie para obok mnie zaczęła nerwowo szukać w internecie ile trwa ten film, uznałam że po chamsku świecą mi komórką i odwracają uwagę od ekranu. Pół godziny później miałam ochotę pytać co w tym internecie wyczytali i błagać, by powiedzieli że już, zaraz, koniec.
Sporo ludzi wyszło. Nie wiem, ze dwadzieścia procent? My nie mogłyśmy. Byłyśmy uwięzione w środku rzędu, w miejscu które przy zajmowaniu wydawało się takie idealne.

Minęło półtorej godziny seansu, a ja straciłam nadzieję że kiedyś stamtąd wyjdę.  Spojrzałam na Kamę i dostałam strasznej głupawki, która tylko nasiliła się po tym, jak głos z offu powiedział że wszystko nieuchronnie zmierza ku śmierci. Coelho dla snobów. Banał, który ma pokazać banał. Dziękuję, postoję.
Zdjęcia piękne, kilka zabawnych tekstów głównego bohatera, kilka ciepłych momentów. I tyle. Starczyłoby na pół godziny, jak i całego przekazu, bo fabuły nie było.

Nie rozumiem wielkiej sztuki i od dziś będę chodzić tylko na filmy dla kucharek. 



Znalazłam dwie recenzje, z którymi się zgadzam w 90%. Tam gdzie jest opis filmu. Różnimy się jednak bardzo jeśli chodzi o jego ocenę.

* Witold Gombrowicz "Ferdydurke"

p.s. Całość trwała 2 godziny i 22 minuty.

środa, 29 stycznia 2014


Film, dla którego przejechałam pół miasta w zadymce śnieżnej. Zrozumieć to może chyba tylko inny zdesperowany rodzic, któremu ktoś po pół roku przerwy zaproponował posiedzenie z dziećmi, umożliwiając wychodne.

Przeważnie wychodzimy osobno. Tak, posiadanie dzieci z dala od rodzinnego wsparcia bardzo specyficznie wpływa na związek. Randki odbywamy w dużym pokoju. Skoro więc nadarzyła się okazja, grzechem by było nie skorzystać.
Z rozpędu pomalowałam sobie oczy i to był błąd zarówno z powodu zacinającego śniegu, jak i mojego roztkliwiania się podczas seansu. 

"Sierpień w hrabstwie Osage" wydał mi się przejmująco smutny. Drodzy opisujący filmy, naprawdę fakt, że podczas rozmów pada kilka celnych ripost (nawet jeśli są zabawne), nie czyni jeszcze z filmu komedii.
Czuć, że scenariusz jest oparty na sztuce. Miejscami wychodzi z tego grecka tragedia. Nagromadzenie tajemnic, powiązań, o których nie wiedzą główni zainteresowani i w tym wszystkim Meryl Streep, jak naćpana mojra, która wie wszystko i decyduje o tym, co ujawnić, co zataić i na czyj los wpłynąć.

Bałam się, że Violet (grana przez Streep ) będzie za bardzo teatralna i może rzeczywiście początkowo jest to postać przerysowana, ale zrzucam to na wpływ leków.
Podobają mi się jej córki, bezlitośnie pokazywane przez kamerę, postarzane, z odrostami (Roberts) i więdnącą urodą (Lewis), ale tak naprawdę piękne, doświadczone przez życie i zupełnie różne. Każda z przedstawionych w "Sierpniu" postaci była dla mnie jednakowo ważna. Same role pierwszoplanowe :)

Scena, z której pochodzi zdjęcie zamieszczone u góry - jedna z lepszych.
Julia Roberts przyjmująca prawdę o swoim małżeństwie, te wszystkie dotkliwe teksty wygłaszane przez członków rodziny... nie te najgłośniejsze, w kłótni, celowo okrutne, ale te ciche, mające oszczędzić bólu, dławiące w gardle. Dobry, smutny film. Może za bardzo dramatyczny chwilami, ale jego pochodzenie sporo tłumaczy.

I jedna z myśli, która mnie nawiedziła podczas seansu. Czy dopiero kobieta samotna i w pewnym wieku, może pozwolić sobie na zrzucenie z siebie wszelkich powinności? Myślę o postaci granej przez Julię Roberts. Patrzyłam na jej bardzo długie włosy z siwym odrostem, na piękną twarz z delikatną siatką zmarszczek, obszerny szlafrok i gapienie się na ptaki. Przez chwilę jej tego zazdrościłam. Choć tego typu wolność najczęściej jest okupiona dużymi stratami, jako wolność człowieka który żyje sam dla siebie.



Sierpień w hrabstwie Osage − amerykański film w reżyserii Johna Wellsa. Adaptacja sztuki teatralnej autorstwa Tracy Letts.

niedziela, 26 stycznia 2014

Mam ostatnio wrażenie, że czas biegnie coraz prędzej. Nie mam nic przeciwko temu, by szybko dobiegł do wiosny, ale potem mógłby zwolnić. Zaczynam mieć bowiem niepokojące wrażenie, że tydzień ma jakieś trzy dni, z czego mniej więcej 4 godziny stanowią weekend.

Ponieważ cierpię na niedobór czasu, postanowiłam dołożyć sobie zadań, w myśl zasady: "im więcej obowiązków, tym człowiek lepiej zorganizowany".
Szaleję też z dalekosiężnymi planami, a to za sprawą pewnego zeszytu.
Czytałam ostatnio biografię Waldorffa i przypomniałam sobie, że w liceum bardzo chciałam pana Jerzego poznać osobiście. Zapisałam to nawet w pewnym zeszycie, na liście marzeń, które zamierzałam spełniać w odległej przyszłości. Nie dawało mi spokoju, co jeszcze zanotowałam, przekopałam więc szafki i stare papiery i znalazłam. Lista miała 55 punktów. Jednym z nich była praca w miejscu, w którym pracuję obecnie. Tu się szeroko uśmiechnęłam.
W ogóle okazało się, że choć świadomie o tych zapiskach nie pamiętałam, szłam w wyznaczonym kierunku i w sumie dotąd spełniłam prawie połowę spisanych założeń. Teraz, lata później, druga połowa punktów już mnie nie bardzo interesuje, zrobiłam więc nową listę. A co! Jak szaleć, to szaleć.

Wczoraj byliśmy w kinie, ale o sierpniu będę pisać jutro. Dziś wanna i Orbitowski wygrywają z blogiem.

  
zima, stado przytulone




po latach, mniej więcej stu, mam w końcu nowe okulary. hurra!



Przypominam, że dużą część zdjęć można oglądać na kombajnie na facebooku.
Trzymajcie się i do przeczytania niebawem!

czwartek, 23 stycznia 2014

Myślicie, że kolejne części Rowling nadal będzie wydawać jako Galbraith? Zawsze mnie bawiło, gdy widziałam w księgarni książki J.D. Robb z dopiskiem większym od tytułu: "to pseudonim Nory Roberts".

Nie wiem czy powodem jest to, że autorka tak bardzo chciała uciec od siebie i wcielić się w debiutującego pisarza, że trudno ją w tym tekście znaleźć, ale wolałam Trafny wybór. Może najbardziej podobają mi się te piosenki, które już słyszałam, nie wiem.

"Wołanie kukułki" to kryminał w starym dobrym stylu. O takim trochę ospałym tempie, jak u P.D. James.
Tyle że ja się chyba od tak powolnej akcji odzwyczaiłam. Kryminały czytam dla czystej rozrywki, takiej która mnie porwie. Szukam napięcia, które chwyci za gardło i nie pozwoli odłożyć książki przed końcem. Dlatego tak lubię Connelly'ego. (Właśnie, muszę poszperać w zasobach najbliższej biblioteki!)

Mogę się rozkoszować nawet kontemplowaniem okruchów ze stołu głównego bohatera, ale opowieść o Cormoranie Strike'u to nie ten rodzaj literatury. 
Powiedzmy sobie szczerze, nie jest to aż tak dobrze napisane, bym chciała się delektować językiem czy klimatem, ale jest napisane całkiem przyzwoicie. Na tyle, że osierocona przez Wallandera (tego się nie robi czytelnikom, panie Mankell!), pewnie wsiąknę w ten cykl, bo "Wołanie kukułki" jest zapowiedziane jako początek serii. Będę czytać, bo lubię mieć choć jednego detektywa, którego losy mogę śledzić.*

Cormoran Strike - prywatny detektyw o pogmatwanych relacjach rodzinnych, to mężczyzna z gatunku tych, którym trochę się współczuje i trochę podziwia. Jeśli jest się młodą kobietą, wierzącą że miłość leczy rany, można nawet chcieć ukoić wewnętrzny ból głównego bohatera. Jest Cormoran kreacją dość przekonującą.
Dostrzegam potencjał, który autorka zapewne umiejętnie wykorzysta, zwłaszcza jeśli przestanie ograniczać się osobowością Roberta Galbraitha.


*Swoja drogą, podobno pojawił się całkiem niezły serial o detektywie. Ktoś widział? 

Robert Galbraith (J.K. Rowling)
Wołanie kukułki
Wydawnictwo Dolnośląskie, 2013
Technologia Blogger.