blog Elżbiety Zdanowskiej

sobota, 12 kwietnia 2014


1.
Nieco już zniecierpliwiona oczekiwaniem, krótko przed wyjściem z pracy dzwonisz do grafików sprawdzić, czy ktoś się w ogóle zajmuje tym, co zleciłaś i słyszysz: "chodzi ci o to, co już zesłaliśmy, bo zaakceptowałaś cztery godziny temu?"

2.
Przychodzisz do pracy. Wymieniasz słowa powitania z koleżanką z biurka obok.
Kilka minut później koleżanka wychodzi na spotkanie, a ty zajmujesz się robotą.
Po pięciu minutach ktoś z innego działu pyta o koleżankę.
Ty: Nie wiem. Chyba jej dzisiaj nie było. Nie widziałam jej.
Ktoś: O, ale jest jej torebka...
Ty: O Jezu! Tak, oczywiście, że jest, nawet z nią rozmawiałam. Źle ze mną chyba.
Pół godziny później koleżanka wraca, spogląda na ciebie i mówi: O, cześć Elu, chyba się jeszcze dziś nie witałyśmy...



3.
Dostajesz maila o treści:  
A dasz mi czwarty tekst? Będzie pasowało
Odpisujesz:  
No tu już musimy wsadzić tę erekcję. Nic innego nie mam - i dopiero, gdy klikasz 'wyślij' dociera do ciebie, co napisałaś.
Po chwili dostajesz odpowiedź: 
"no tu już musimy wsadzić tę erekcję" - oj, Ela, chyba jesteś zmęczona ;-))) 



Tak, jestem zmęczona. Ale w ten weekend chciałabym Wam jeszcze opowiedzieć o pewnej książce. Może jutro? 

sobota, 5 kwietnia 2014


Czytam od początku.
Trudno uwierzyć, że to już piętnaście lat, przecież ja nadal mam dwadzieścia.
Chciałam Wam pokazać najukochańsze numery, ale przy przeglądaniu uznałam, że za dużo tego będzie. Niektóre artykuły czytałam dziesiątki razy, a potem miałam ochotę oprawić w ramki. Wiele numerów od deski do deski, ale są takie, których do dziś w całości nie przeczytałam.
Gdy byłam młodsza, czytałam od początku do końca: listy, felietony... a potem nawet urodę, której teraz praktycznie nie czytuję - piękniejsza już nie będę.
Dawniej miałam poczucie, że łączą mnie te "Obcasy" z innym światem, dziś wiem, że tak naprawdę wszędzie jest podobnie, więc biorę z nich tylko to, co mnie naprawdę pociąga. Nie interesują mnie jakieś tam "średnie", stąd na przykład mój kompletny brak entuzjazmu przy dziale z listami od czytelników. W dyskusje akademickie od dawna nie wchodzę, flejmy omijam, gadatliwych ludzi na przystankach też, na forach nie bywam, średnio więc mnie interesują listy.

Żałuję, że praktycznie zniknął dział "Styl życia", w którym można było zobaczyć jak mieszkają inni, interesujący ludzie, a przy okazji przeczytać ich historie.
Dziś najbardziej lubię rozmowy (zwłaszcza Agnieszki Jucewicz - wybiera świetnych rozmówców i zawsze wyciąga z nich coś pasjonującego) i "Typ tygodnia", który często staje się początkiem moich licznych obsesji poznawczych. Czytam o kimś, o kim może nigdy nie słyszałam, a potem zaczynam zgłębiać temat, odkrywam nowe światy i nie dość, że się dobrze bawię, to jeszcze poszerzam wiedzę.

Moja kolekcja jest niepełna.
Brak mi sporej części początkowych numerów - efekt kilku przeprowadzek.
Szkoda, że nie mam numeru z Masłowską. Nie tego z pierwszym wywiadem w WO (ten mam i, gdy wyszedł, czytałam siębiernaście razy zieleniejąc z zazdrości, że drugą Masłowską nie będę), ale tego, w którym opowiada co u niej, ma już dziecko i jakieś takie zdjęcie w sukience w grochy na trawie, czy jakoś tak.
Najstarszy numer, który się u mnie zachował, to ten z Lucyną Legut na okładce. Z października 1999 roku.



Niektóre teksty z tych piętnastu lat można przeczytać na stronie Wysokich Obcasów.

środa, 2 kwietnia 2014

Ponad rok temu jechałam autobusem do dentysty i rozmyślałam*. Jak zwykle w kiepskim nastroju w okolicy swoich urodzin, zastanawiałam się które punkty w przeszłości powinnam zmienić, żeby być aktualnie na innym, oczywiście przyjemniejszym, etapie życia. I jak bardzo zmieniłoby się moje życie, jak ja bym się zmieniła, bez doświadczeń które aktualną mnie ukształtowały. Wówczas wpadł mi do głowy pomysł, przyznaję może nieco banalny - Efekt motyla oglądałam prawie dekadę wcześniej - by opisać historię alternatywnych losów jednego człowieka. Pobawić się w rozważanie jak bardzo drobne zmiany w życiu wpływają na naszą przyszłość. I czy, wracając do kluczowych momentów, bylibyśmy w stanie postąpić wbrew uczuciom/przekonaniom, wiedząc dokąd nas to, co zrobimy, zaprowadzi.
Pomysł napisania takiej fabuły zarzuciłam. Miałam mnóstwo ważniejszych spraw na głowie.

I oto, rok później nakładem Wydawnictwa Czarna Owca ukazuje się historia oparta na "moim" pomyśle.
Cóż, zwykle nie jesteśmy w swoich koncepcjach tak oryginalni jak sądzimy.
Pierwsza myśl? Mam nadzieję, że skoro już ktoś zrealizował mój plan, jest to przynajmniej dobrze napisane.
Druga myśl? Matko, ależ to grube! Przy moim obecnym planie dnia "Jak zostałem pisarzem" Stasiuka (128 stron) czytałam tydzień, a przecież bardzo mi się podobało. Ile czasu zajmie mi przeczytanie ponad 560 stron?
Cóż, krócej niż sądziłam.

Przede wszystkim jest to powieść obyczajowa. Tak dawno nie czytałam sensownej powieści obyczajowej! A nawet trochę saga rodzinna - główna bohaterka ma całkiem liczną rodzinę, na której losy początkowo nieświadomie, a później już celowo, wpływa.
Ursula rodzi się 11 lutego 1910 roku i tylko to jest jakąś stałą. Wielokrotnie ginie, w różnych okolicznościach, głównie w wyniku nieszczęśliwych zbiegów okoliczności. Jak się głębiej zastanowić, to wszystko co nas spotyka jest naznaczone przypadkowością i nie sposób oprzeć się wrażeniu, że często o najistotniejszych zajściach decydują zbiegi okoliczności.
Gdybyśmy tylko wiedzieli, co się wydarzy, w życiu nie poszlibyśmy tą drogą... Ursula ma taką możliwość. Kiedy zaczyna to na poły przeczuwać, na poły rozumieć, ratuje najcenniejsze. Przeżywa w kółko to samo życie, na szczęście nie pamiętając wszystkiego - to byłby nieznośny dzień świstaka - ale wyczuwając niebezpieczeństwo. Nie wszystko udaje się naprawić, widać nawet gdy życie jest testem wielokrotnego wyboru, trudno jest stworzyć jego wersję idealną. I chyba całe szczęście dla czytelnika.
Idąc z bohaterką przez dziesięciolecia, czytając o wojnach, codzienności i rozrywkach, człowiek zaczyna się zastanawiać jak wyglądałby świat, gdyby kilka znaczących postaci nigdy się nie urodziło, nie doszło do władzy lub zginęło... nie do końca przypadkowo. Co musiałoby się zdarzyć, żeby nie było II wojny światowej, jak potoczyłyby się losy Europy, jak zmienił dorobek cywilizacyjny i w rezultacie nasze życie.
Można sobie całkiem interesująco nad tą lekturą pogdybać.
Dobrze się czyta.

P.s. Nie wiem jak Wy, ale ja (choć czasem myślę, że kilka faktów bym w swoim życiorysie zmieniła) gdybym naprawdę mogła, nie zaryzykowałabym zmiany. Obawiam się, że mogłabym w rezultacie wylądować bez ludzi których kocham, w całkiem innej rzeczywistości. Być może spełniałabym swoje spisane w liceum marzenia, ale tylko dzisiejsza ja wiem, jak bardzo są odległe od tego, co mnie realnie po trzydziestce uszczęśliwia.

*tak dobrze to pamiętam, bo wtedy zdecydowałam, że czas po kilkunastu latach rzucić palenie i od tamtej chwili nie palę.

Kate Atkinson
Jej wszystkie życia
Wydawnictwo Czarna Owca
Warszawa, 2014

sobota, 29 marca 2014

(zdjęcie Pączka bez związku z tematem, ale Pączek jest zawsze na miejscu)


Kiedy przyszłam do nowej pracy, od razu musiałam poznać dziesiątki osób. Miałam wrażenie, że mózg mi się przepełnia i moja przypadłość pt. "nie pamiętam imion i twarzy w minutę po przedstawieniu" tylko się nasiliła.
Żeby nie oszaleć, przy wpisywaniu każdej osoby w służbową komórkę, robiłam fotkę jej zdjęcia z firmowej książki telefonicznej. Kiedy ktoś dzwoni, wyświetla mi się jego zdjęcie, dzięki czemu mogę być pewna, że w razie nagłego ataku amnezji, będę bezpieczna.
Wczoraj nie było naszej koleżanki i zadzwoniła do mnie akurat, gdy rozmawiałam z szefową.

Szefowa patrząc na mój telefon: "Masz komórkę Kasi?"
Ja skonsternowana (przecież wszyscy znamy jej komórkę, jest w książce), niepewnie : "Taaak. Właśnie do mnie dzwoni".
Szefowa ze śmiechem: "Aaa bo zdziwiłam się, że masz Kasię na tapecie. Ale potem uznałam, że chyba nie powinnam pytać"
:))

***

Po raz kolejny tego dnia pojawiam się u grafików.
Grafik: Znowu? Wy to macie...
Ja: Nie strzelaj do posłańca
G: Wiem, wiem. My jesteśmy z tej samej kasty. W Indiach też była taka kasta... palaczy zwłok.

***

A teraz mrożąca krew w żyłach opowieść.
Idę szybkim krokiem (zapewne do grafików), drapię się po głowie i wyczuwam z tyłu jakiś paproszek albo nie wiadomo co. Chyba strupek, bo czuję, że lekko trzymał się skóry. Wyjmuję z włosów spoglądam i widzę, że spomiędzy palców wystają mi ruszające się brązowe nogi!
Jezuuuu Trzysta myśli od razu. Na pewno mam wszy, były w przedszkolu i szkole. Dzieci co prawda nie mają, bo sprawdzam ciągle, ale może jakoś przeszły od razu na mnie. Nie dać po sobie poznać. Matko, co teraz? Będę musiała ogolić głowę. Albo w ogóle obciąć całą. Fuuuj - to wszystko w ciągu sekundy od dokonania odkrycia, przed tym jak zawróciłam na pięcie i poleciałam do łazienki.
Zamknęłam się w kabinie i próbowałam to cholerstwo zabić, żeby się nie ruszało, a potem na spokojnie obejrzeć. Nie daje się. Jest jakieś płaskie i twarde. Udaje mi się to lekko ogłuszyć, robię zdjęcie i nerwowo szukam w internecie zdjęć insektów. Dzięki wam, bogowie, za internet w komórce! Coś nadal się rusza, więc topię niedoszłego trupa w toalecie, jak mistrz ukrywania dowodów. Wreszcie mam trafienie. Dla pewności przesyłam jeszcze fotkę Pitowi, żeby był konsultantem. Kleszcz.
Nie poznałam, bo był chudy i głodny. Napęczniałego od razu bym zidentyfikowała.
Skąd kleszcz nagle? Nie chodzę przez chaszcze do pracy. Nie od psów, bo gdy wróciły ze spaceru, ja już się do nich nie zbliżałam. Zresztą pies jest cieplejszy niż człowiek, robal zostałby na psie.
Ale ile nerwów mnie to kosztowało! Gdyby ktoś to wszystko obserwował... Musiałam nieźle wyglądać.

***

Wczoraj miałam urodziny.
Zastanawiałam się czego sobie życzę i uznałam, że:
- zdrowia dla mnie i najbliższych,
- więcej czasu dla ludzi, których kocham, dla siebie i na takie zwykłe zajęcia, a także na myślenie i czytanie
- długiego życia (z ludźmi, których kocham)
Resztę sobie zdobędę. Krok po kroku.
Pomyślałam, że skoro mam takie życzenia, to chyba jestem raczej spełniającym się człowiekiem.

Pomyślałam też, że chyba dość milczenia.
Pisanie do Was było dla mnie zawsze bardzo ważne i nie chcę nagle z tego rezygnować tylko dlatego, że zasypiam w ubraniu ze zmęczenia. Coś wymyślę :)
Witajcie po przerwie!

sobota, 22 lutego 2014

Czuję wiosnę. W zasadzie czuję się już chwilami jak w tym początkowym etapie zakochania, gdy jeszcze się z obiektem uczuć nie spotykamy, a już nie możemy spać (jeść niestety możemy, ale nie wiemy na co mamy ochotę), budzimy się przed budzikiem i jacyś tacy rozedrgani jesteśmy.

A więc zaraz wiosna.
Nim jednak wybuchnie, każe mi przysypiać wieczorami, leczyć dziwny ból gardła i często funkcjonować w trybie zombie. Pomiędzy momentami rozedrgania.
Myślę, że w końcu oszaleję, albo coś. Zwłaszcza albo coś. 

Niektórzy z Was pytają w mailach dlaczego nie piszę.
Chciałam napisać, że nie piszę, bo nie czytam, ale to nie do końca prawda.
Czytam bardzo dużo prasy :)
Przeczytałam Masłowską i "Szczęśliwą ziemię" Orbitowskiego, czytam "Śpiewaj ogrody" Pawła Huellego (Długo już je czytam, bo po kilka stron wieczorami. Wstyd że tak długo, zwłaszcza że lektura pożyczona) i kryminał jeden, bo kryminały mi jakoś zawsze najlepiej wieczorami wchodziły - czysta rozrywka.
Nie jest to urobek imponujący, ale w czasie wolnym bardzo chcę i lubię robić coś z dzieciakami i Pitem. W związku z powyższym istnieje obawa, że przez chwilę kombajn będzie raczej fotoblogiem, ale to przejściowe.

Powtarzam sobie, że przyjdzie wiosna, więcej ruchu, więcej energii. Mam kilka pomysłów w związku z blogiem i za moment je wprowadzę.
Ale dziś po intensywnym dniu mam zamiar udawać, że mam urlop i kawałek nocy poświęcić na maraton filmowy.

Z kinowych to mam wielką ochotę na "Tajemnicę Filomeny". Byliście? Powinnam zwalczać tę ochotę?

Zaś z książek, w najbliższym czasie bardzo chcę dorwać:
Beksińscy. Portret podwójny Grzebałkowskiej
Pułapki myślenia Kahnemana
no i oczywiście Janion. Transe - traumy - transgresje. 2: Prof. Misia 

W bibliotece nazamawiałam kryminałów (Connellego i Robinsona) i już od ponad miesiąca czekam na Drugi Dziennik Pilcha (bo pierwszy mi się podobał. i bo to Pilch i dziennik), Ostatnie rozdanie Mysliwskiego (bo chcę przeczytać wszystko z listy Z NAJWYŻSZEJ PÓŁKI) i Ziarno prawdy Miłoszewskiego. Czy ludzie muszą tak przetrzymywać te egzemplarze?

Jeśli w ostatnim czasie ukazało się coś świetnego, co Was porwało, podzielcie się ze mną, będę sobie powoli wpisywać na listę.

Skoro wspominałam o fotoblogu, nie będę gołosłowna.
Trzymajcie się!













sobota, 8 lutego 2014


Na dobry początek weekendu.


Fotel jest wiecznie zajęty.


Nocni wędrowcy przemierzają międzypokojową przestrzeń. Często podróżują z własną pościelą.


Późną nocą lądują w naszym łóżku.


Sobota. Śniadanie i prasa dostarczana do łóżka, czyli żona ma wolny poranek i przejmuje nawet poranny spacer z psami.


Kolejny normalny dzień w pracy.


Raz w tygodniu udaje mi się zająć fotel, ale od razu mnie obłażą.





czwartek, 6 lutego 2014




Nie wiem co mnie podkusiło, choć nie, w sumie wiem. W ostatnim czasie kilkakrotnie umawiałyśmy się z Kamą do kina i nic z tego nie wychodziło. Tym razem się zawzięłyśmy. Uznałyśmy, że skoro nie mamy czasu na czytanie i nagrywanie, niech choć w kinie wsączy się w nas odrobina kultury. Obejrzałyśmy zwiastun i, zachęcone, udałyśmy się na seans.

Dobrze, że nie miałam siły wziąć się za ten tekst wczoraj, może dzięki temu będę mniej złośliwa. Kto wie.

Oczywiście zgadzam się, że piękne widoki i nawiązania do klasyki filmowej. Można też ten film czytać wielowarstwowo, ale umówmy się, jak ktoś się uprze to i w monitoringu z centrum handlowego znajdzie mnóstwo symboliki. 
W filmie jest scena obśmiewania sztuki polegającej na obwiązaniu się tkaniną, uderzeniu z główki w ścianę i okrzykach. Szczerze? Nie wiem w czym ten film był lepszy od tego, co obśmiewał jego główny bohater. Tak, wiem to pewnie trzeba czytać ironicznie och, jakże to głębokie i wybitne. Tylko że jakoś nie.
Wiem, że "Słowacki wielkim poetą był*" i "jak to nie zachwyca Gałkiewicza, jeśli tysiąc razy tłumaczyłem Gałkiewiczowi, że go zachwyca*", ale jednak nie. Przykro mi. Król jest nagi.

Pustkę życia rzymskich elit pokazały już pierwsze sceny. Czy naprawdę trzeba było to samo przez dwie i pół godziny powtarzać? Żeby co? Żeby było dobitniej?
Piękne zdjęcia, fakt. I przyznaję, że, kiedy po pół godzinie para obok mnie zaczęła nerwowo szukać w internecie ile trwa ten film, uznałam że po chamsku świecą mi komórką i odwracają uwagę od ekranu. Pół godziny później miałam ochotę pytać co w tym internecie wyczytali i błagać, by powiedzieli że już, zaraz, koniec.
Sporo ludzi wyszło. Nie wiem, ze dwadzieścia procent? My nie mogłyśmy. Byłyśmy uwięzione w środku rzędu, w miejscu które przy zajmowaniu wydawało się takie idealne.

Minęło półtorej godziny seansu, a ja straciłam nadzieję że kiedyś stamtąd wyjdę.  Spojrzałam na Kamę i dostałam strasznej głupawki, która tylko nasiliła się po tym, jak głos z offu powiedział że wszystko nieuchronnie zmierza ku śmierci. Coelho dla snobów. Banał, który ma pokazać banał. Dziękuję, postoję.
Zdjęcia piękne, kilka zabawnych tekstów głównego bohatera, kilka ciepłych momentów. I tyle. Starczyłoby na pół godziny, jak i całego przekazu, bo fabuły nie było.

Nie rozumiem wielkiej sztuki i od dziś będę chodzić tylko na filmy dla kucharek. 



Znalazłam dwie recenzje, z którymi się zgadzam w 90%. Tam gdzie jest opis filmu. Różnimy się jednak bardzo jeśli chodzi o jego ocenę.

* Witold Gombrowicz "Ferdydurke"

p.s. Całość trwała 2 godziny i 22 minuty.

środa, 29 stycznia 2014


Film, dla którego przejechałam pół miasta w zadymce śnieżnej. Zrozumieć to może chyba tylko inny zdesperowany rodzic, któremu ktoś po pół roku przerwy zaproponował posiedzenie z dziećmi, umożliwiając wychodne.

Przeważnie wychodzimy osobno. Tak, posiadanie dzieci z dala od rodzinnego wsparcia bardzo specyficznie wpływa na związek. Randki odbywamy w dużym pokoju. Skoro więc nadarzyła się okazja, grzechem by było nie skorzystać.
Z rozpędu pomalowałam sobie oczy i to był błąd zarówno z powodu zacinającego śniegu, jak i mojego roztkliwiania się podczas seansu. 

"Sierpień w hrabstwie Osage" wydał mi się przejmująco smutny. Drodzy opisujący filmy, naprawdę fakt, że podczas rozmów pada kilka celnych ripost (nawet jeśli są zabawne), nie czyni jeszcze z filmu komedii.
Czuć, że scenariusz jest oparty na sztuce. Miejscami wychodzi z tego grecka tragedia. Nagromadzenie tajemnic, powiązań, o których nie wiedzą główni zainteresowani i w tym wszystkim Meryl Streep, jak naćpana mojra, która wie wszystko i decyduje o tym, co ujawnić, co zataić i na czyj los wpłynąć.

Bałam się, że Violet (grana przez Streep ) będzie za bardzo teatralna i może rzeczywiście początkowo jest to postać przerysowana, ale zrzucam to na wpływ leków.
Podobają mi się jej córki, bezlitośnie pokazywane przez kamerę, postarzane, z odrostami (Roberts) i więdnącą urodą (Lewis), ale tak naprawdę piękne, doświadczone przez życie i zupełnie różne. Każda z przedstawionych w "Sierpniu" postaci była dla mnie jednakowo ważna. Same role pierwszoplanowe :)

Scena, z której pochodzi zdjęcie zamieszczone u góry - jedna z lepszych.
Julia Roberts przyjmująca prawdę o swoim małżeństwie, te wszystkie dotkliwe teksty wygłaszane przez członków rodziny... nie te najgłośniejsze, w kłótni, celowo okrutne, ale te ciche, mające oszczędzić bólu, dławiące w gardle. Dobry, smutny film. Może za bardzo dramatyczny chwilami, ale jego pochodzenie sporo tłumaczy.

I jedna z myśli, która mnie nawiedziła podczas seansu. Czy dopiero kobieta samotna i w pewnym wieku, może pozwolić sobie na zrzucenie z siebie wszelkich powinności? Myślę o postaci granej przez Julię Roberts. Patrzyłam na jej bardzo długie włosy z siwym odrostem, na piękną twarz z delikatną siatką zmarszczek, obszerny szlafrok i gapienie się na ptaki. Przez chwilę jej tego zazdrościłam. Choć tego typu wolność najczęściej jest okupiona dużymi stratami, jako wolność człowieka który żyje sam dla siebie.



Sierpień w hrabstwie Osage − amerykański film w reżyserii Johna Wellsa. Adaptacja sztuki teatralnej autorstwa Tracy Letts.

niedziela, 26 stycznia 2014

Mam ostatnio wrażenie, że czas biegnie coraz prędzej. Nie mam nic przeciwko temu, by szybko dobiegł do wiosny, ale potem mógłby zwolnić. Zaczynam mieć bowiem niepokojące wrażenie, że tydzień ma jakieś trzy dni, z czego mniej więcej 4 godziny stanowią weekend.

Ponieważ cierpię na niedobór czasu, postanowiłam dołożyć sobie zadań, w myśl zasady: "im więcej obowiązków, tym człowiek lepiej zorganizowany".
Szaleję też z dalekosiężnymi planami, a to za sprawą pewnego zeszytu.
Czytałam ostatnio biografię Waldorffa i przypomniałam sobie, że w liceum bardzo chciałam pana Jerzego poznać osobiście. Zapisałam to nawet w pewnym zeszycie, na liście marzeń, które zamierzałam spełniać w odległej przyszłości. Nie dawało mi spokoju, co jeszcze zanotowałam, przekopałam więc szafki i stare papiery i znalazłam. Lista miała 55 punktów. Jednym z nich była praca w miejscu, w którym pracuję obecnie. Tu się szeroko uśmiechnęłam.
W ogóle okazało się, że choć świadomie o tych zapiskach nie pamiętałam, szłam w wyznaczonym kierunku i w sumie dotąd spełniłam prawie połowę spisanych założeń. Teraz, lata później, druga połowa punktów już mnie nie bardzo interesuje, zrobiłam więc nową listę. A co! Jak szaleć, to szaleć.

Wczoraj byliśmy w kinie, ale o sierpniu będę pisać jutro. Dziś wanna i Orbitowski wygrywają z blogiem.

  
zima, stado przytulone




po latach, mniej więcej stu, mam w końcu nowe okulary. hurra!



Przypominam, że dużą część zdjęć można oglądać na kombajnie na facebooku.
Trzymajcie się i do przeczytania niebawem!

czwartek, 23 stycznia 2014

Myślicie, że kolejne części Rowling nadal będzie wydawać jako Galbraith? Zawsze mnie bawiło, gdy widziałam w księgarni książki J.D. Robb z dopiskiem większym od tytułu: "to pseudonim Nory Roberts".

Nie wiem czy powodem jest to, że autorka tak bardzo chciała uciec od siebie i wcielić się w debiutującego pisarza, że trudno ją w tym tekście znaleźć, ale wolałam Trafny wybór. Może najbardziej podobają mi się te piosenki, które już słyszałam, nie wiem.

"Wołanie kukułki" to kryminał w starym dobrym stylu. O takim trochę ospałym tempie, jak u P.D. James.
Tyle że ja się chyba od tak powolnej akcji odzwyczaiłam. Kryminały czytam dla czystej rozrywki, takiej która mnie porwie. Szukam napięcia, które chwyci za gardło i nie pozwoli odłożyć książki przed końcem. Dlatego tak lubię Connelly'ego. (Właśnie, muszę poszperać w zasobach najbliższej biblioteki!)

Mogę się rozkoszować nawet kontemplowaniem okruchów ze stołu głównego bohatera, ale opowieść o Cormoranie Strike'u to nie ten rodzaj literatury. 
Powiedzmy sobie szczerze, nie jest to aż tak dobrze napisane, bym chciała się delektować językiem czy klimatem, ale jest napisane całkiem przyzwoicie. Na tyle, że osierocona przez Wallandera (tego się nie robi czytelnikom, panie Mankell!), pewnie wsiąknę w ten cykl, bo "Wołanie kukułki" jest zapowiedziane jako początek serii. Będę czytać, bo lubię mieć choć jednego detektywa, którego losy mogę śledzić.*

Cormoran Strike - prywatny detektyw o pogmatwanych relacjach rodzinnych, to mężczyzna z gatunku tych, którym trochę się współczuje i trochę podziwia. Jeśli jest się młodą kobietą, wierzącą że miłość leczy rany, można nawet chcieć ukoić wewnętrzny ból głównego bohatera. Jest Cormoran kreacją dość przekonującą.
Dostrzegam potencjał, który autorka zapewne umiejętnie wykorzysta, zwłaszcza jeśli przestanie ograniczać się osobowością Roberta Galbraitha.


*Swoja drogą, podobno pojawił się całkiem niezły serial o detektywie. Ktoś widział? 

Robert Galbraith (J.K. Rowling)
Wołanie kukułki
Wydawnictwo Dolnośląskie, 2013

piątek, 17 stycznia 2014



Dawno, dawno temu pisałam Wam o kilku godzinach w pociągu spędzonych z profesjonalnym brydżystą, starszym panem który wsiadł w Warszawie i opowiedział mi kilka historii ze swojego życia. W przeciwieństwie do większości takich opowieści, do których słuchania miałam dawniej dziwne szczęście, ta była naprawdę zajmująca.
Nie mogę odnaleźć owej notki, możliwe więc że ją skasowałam albo opublikowałam na starym blogu. Trudno.

Tamten interesujący brydżysta był alkoholikiem, mówił ile przez alkohol stracił - bliskich, bo odeszli i przyjaciół, bo zapili się na śmierć. Mówił też o genialnej, jego zdaniem, książce "Pod wulkanem", którą niedługo po tym wieczorze w pociągu kupiłam. Kupiłam i nigdy nie przeczytałam, bo potwornie mnie nudziła. Choć nadal obiecuję sobie, że spróbuję jeszcze raz.

Kiedy Tomasz Kwaśniewski (w rozmowie z Wojciechem Smarzowskim w Dużym Formacie z 2 stycznia 2014) stwierdził, że film miejscami go nużył*, pomyślałam sobie, że może znów to ten rodzaj twórczości, który jest genialny i zajmujący tylko dla ludzi bezpośrednio problemem dotkniętych.

"Dzień świra" był dla mnie i wielu cenionych przeze mnie osób filmem przejmującym i rewelacyjnym, dlatego że codziennie przez większość czasu czuliśmy się jak Miauczyński. Nie mogłam zrozumieć dlaczego część odbiorców uważała, że to komedia.
Przestałam się dziwić, gdy ktoś opisał "33 sceny z życia" Szumowskiej jako film zabawny. W sumie, nie ma co się czepiać, prawda? Śmiały się czasem córki siedząc z umierającą matką? Śmiały. No to na pewno komedia to była. 

Obawiałam się, że "Pod Mocnym Aniołem" będzie filmem dla pijaków, dla których jakoś mało we mnie zrozumienia. Jak tu się identyfikować z bohaterami, skoro człowiek jedno piwo sączy przez cały wieczór, a i to raz na miesiąc może. Albo i nie.

Film Wojciecha Smarzowskiego zaskoczył mnie sposobem realizacji. Obawiałam się ukrytego dydaktyzmu lub zdejmowania odpowiedzialności, czegoś w gatunku: "To nie oni, to wódka".  Tymczasem film ogląda się trochę jak paradokument, opowieść z innej krainy, nagranie z trzeciego oka Pana Kleksa, coś czego nie znam z autopsji, ale równocześnie znam, jak każdy z nas. Tych panów kiwających się na przystankach, leżących pod ławkami, sikających przy garażach.

O dziwo tylko dwa razy byłam na bohaterów wściekła - zawsze gdy w grę wchodziły dzieci i zwierzęta. Dorośli ludzie wiedzą na co się piszą, mogę siedzieć wygodnie w kinie i obserwować. Dzieci nie mają wyboru.

Aktorzy to wielka siła tej produkcji Smarzowskiego. Więckiewicz jest świetny, ale reszta mu nie ustępuje. Film jak kalejdoskop, w którym prawda miesza się z pijackim widem, i nie wiadomo kto czyją opowieść głosi.
Bohaterowie próbują stanąć na nogi, ale głownie upadają. Upodlają się, bywają obrzydliwi, ale i błyskotliwi. Bardzo dobry film o piciu. I, jak powiedziała dziś moja koleżanka, o tym że jak się pije, nie ma w zasadzie miejsca na nic innego. Liczy się tylko picie.
Jedyne zastrzeżenie jakie mam to długość. Pod koniec człowiek się nuży. Wiem o co mogło chodzić Tomaszowi Kwaśniewskiemu. Rozumiem, że twórca filmu chciał pokazać niekończący się korowód picia i trzeźwienia, i że to się skończyć nie może i człowiek jest udręczony. Myślę jednak, ze tak dobry reżyser, by pokazać widzowi że coś jest rozpaczliwe, niekoniecznie musi jego samego do rozpaczy doprowadzić. Nie wiem czy trzeba było aż tylu powtórzeń.

Świetne zdjęcia. Finał nieoczywisty, choć ja nie mam wielkich wątpliwości, co do drogi którą wybiera główny bohater. Film bardzo dobry. Ale o dobry kwadrans za długi. Nie było aż tyle do opowiedzenia.



p.s. To był mój pierwszy raz. Po raz pierwszy poszłam sama do kina. Nie wiem co prawda czy pokaz przedpremierowy, na którym widzisz połowę zakładu pracy, można okreslić jako samotne wyjście do kina, ale byłam sama. Nie musiałam z nikim rozmawiać, analizować na głos. Mogłam się skupić tylko na filmie, a potem spokojnie przetrawić. Było świetnie. Będę powtarzać.



*nie mogę zacytować, bo akurat ten numer gdzieś mi przepadł. złośliwie.

niedziela, 12 stycznia 2014

Należę do tych ludzi, którzy mieli problem z czytaniem "Naszej szkapy", czy "O psie, który jeździł koleją".
Nawet początek "Zbrodni i kary" kartkowałam z powodu sugestywnej metafory, w której występuje męczony, zabiedzony koń. Scena z Janem Himilsbachem i psem w "Trzeba zabić tę miłość" (film z 1972) też zawsze mnie denerwowała i nie mogłam patrzeć.
Do dziś mam problem z przyjmowaniem takich historii, więc robię co mogę, by ich uniknąć. Odkąd zostałam matką, omijam też wszelkie nieszczęśliwe opowieści o dzieciach.
Nie czytam tabloidów, nie zaglądam na strony serwisów informacyjnych, które chętnie pokażą mi zdjęcia osób po wypadkach i będą grzebać w bolesnych tematach nie z poczucia misji i chęci pomocy, a w pogoni za oglądalnością, klikalnością, kasą.

W sobotniej Wyborczej jest artykuł o tym, że tvn24 poszedł tą samą drogą co Sky News (UK) i Fox News (USA) i  zaczął emitować program będący mieszaniną wiadomości lokalnych, polityki i skandalu, czyli czymś co "pozwala przyciągnąć przed ekrany nie tylko widownię zainteresowaną informacjami i analizami sytuacji w kraju i na świecie, ale i masowego widza szukającego emocji"*. No więc ja za takie emocje dziękuję bardzo. Mnie to boli.

Są jednak historie, w które wchodzę mimo bólu. Uważam, że ofiarom należy się pamięć, czytam więc po kawałku publikacje o holokauście, starając się wybierać te bez zdjęć. I tak mam zbyt wybujałą wyobraźnię i pewność, że niektóre fakty będą mi się śnić po nocach.
Miałam znajomą, która rzucała się z wielką fascynacją na książki o złu i zbrodniach nazistowskich. Są więc ludzie, których to fascynuje. Ja wolałabym, by temat nigdy nie zaistniał.

W książce "Ręka" składającej się z opowiadania kryminalnego i dodatków dla prawdziwych fanów Wallandera, Henning Mankell pisze: "Jakieś piętnaście lat temu zacząłem pracę nad nową książką, której Wallander miał być głównym bohaterem. Napisałem może ze sto stron, co stanowiło zasadniczy moment: wówczas zaczynałem wierzyć, że powstanie z tego powieść. Jednak tak się nie stało. Po napisaniu jeszcze kilkunastu stron przerwałem pracę i spaliłem - dosłownie - wszystko, co zostało wydrukowane. Poza tym usunąłem plik z tekstem i gdy krótko potem zmieniłem komputer, zniszczyłem stary twardy dysk. (...) Nigdy nie dokończyłem tej książki, ponieważ pisaniu towarzyszyły bardzo nieprzyjemne uczucia, co mnie przerosło. Tematem fabuły miało być molestowanie dzieci. Dzisiaj czuję, że powinienem był ją dokończyć. Molestowanie dzieci to jedno z najpotworniejszych przestępstw, jakie istnieją"**

Po przeczytaniu książki Joanny Bator miałam ochotę zrobić z własnym mózgiem to, co Mankell zrobił z komputerem.
Nim sięgnęłam po "Ciemno, prawie noc" wiedziałam, że to nie będzie lekka opowieść, ale nie sądziłam że pozostawi po sobie tak dojmujący smutek i poczucie bezsilności. Opisy wszystkich tych okropnych sytuacji nie są rozległe, ale i tak kilka scen czytałam bardzo pobieżnie, wiedząc czego będą dotyczyć. Przez kilka dni nie mogłam się z tej opowieści otrząsnąć.
To bardzo sprawnie skonstruowana powieść, nieoczywista, mroczna i rewelacyjna językowo. Do tego zbudowana na motywie, który bardzo lubię - główna bohaterka po latach wraca do małego miasta, w którym spędziła dzieciństwo.
Wciąga.
Gdyby tylko temat przewodni był inny, myślę że wracałabym do tej książki wielokrotnie, ale nie wrócę.

Przyznaję też, że praktycznie ominęłam strony, które miały być zapisem rozmów na jakimś forum lokalnym. Skoro w prawdziwym życiu omijam ten bełkot i ktoś musiałby mi dużo płacić, bym siedziała na jakimś podrzędnym, pełnym frustratów czacie, który odwiedzają chyba sami internetowi trolle (jak ten czat z książki Bator), nie wiem dlaczego miałabym czytać coś takiego w ramach rozrywki.

W trakcie lektury przypomniał mi się tekst z bloga pani Kalicińskiej, dotyczący tematów poruszanych przez nagradzane i cenione polskie powieści.
Przypomniał mi się, choć niespecjalnie się z nim zgadzałam.
"Ciemno, prawie noc" zawiera jednak jakieś dziwne nagromadzenie tematów związanych z chorymi relacjami i seksem. Kiedy człowiek zaczyna się głębiej jakąś kwestią interesować, nagle wszędzie dostrzega nawiązania i analogie, więc rozumiem że tak mogło być z autorką, jednak za dużo tego.

I tak jak broniłam Rowling przed zarzutem, że epatuje złem i zepsuciem, mówiąc że "pisarz musi czasem jakieś rzeczy uwypuklić, a pisanie o samych dobrych, porządnych i "miłych i sympatycznych" ludziach (jak zwykło się określać ciepłe kluchy bez charakteru.) byłoby potwornie nudne.", tak sądzę że Bator mogła trochę odpuścić. Jeśli potrzebowała mroku i zła, miała do dyspozycji spory wachlarz zachowań - ludzie są pod tym względem niezawodni, niestety.
Wiem, że sytuacje wykorzystywania dzieci przez dorosłych zdarzają się częściej niż nam się wydaje (a nie powinny zdarzać się wcale i niech ich wszystkich piekło pochłonie), ale przy tej lekturze człowiek odnosi wrażenie, że całe zło świata, wszystkie chore układy i wszelkie tajemnice rodzinne zawsze ocierają się o seks. Gdzie się nie obrócisz, trafiasz na wykorzystywane dzieci, które gdy dorosną będą krzywdzić kolejne pokolenia i to się nigdy nie skończy.
Choć kiedy czytałam kolejne strony, uwięziona w tej książce, przyszpilona, obolała i zła, ale nie mogąca się oderwać, kompletnie tego nie zauważałam. Powieść jest bardzo, bardzo dobra, mimo kilku naciąganych scen, których nie mogę opisać, nie zdradzając fabuły. I boli.


*Gazeta Wyborcza 11-12.01.2014, Vadim Makarenko "TVN po raz drugi chce zarobić na informacjach"

**"Ręka" Henning Mankell, WAB, 2013



Joanna Bator 
Ciemno, prawie noc
Grupa Wydawnicza Foksal
Warszawa, 2013


wtorek, 31 grudnia 2013

Kochani, niech nadchodzący rok będzie dobry. Czuję, że będzie :)

Dziś rozkładamy łóżko, przysuwamy stół (musi być blisko do deseru i sałatki), stawiamy na nim laptopa i zestaw płyt z filmami. Gromadzimy książki i gazety, mościmy wygodne gniazdo, obkładamy się dziećmi, kotami, kundlami i odpoczywamy w dobrej atmosferze.
Czego i Wam życzę.




sobota, 28 grudnia 2013

Oto po miesiącu przerwy przymierzam się do tekstu o książce.

Agnieszkę Drotkiewicz znałam najpierw tylko ze słyszenia. Gdy byłam przed trzydziestką, każda młodsza ode mnie osoba wydająca książki, zapadała mi w pamięć. Potem się z tego wyzwoliłam - nie marzę już o napisaniu powieści a i młodszych ode mnie autorów pojawia się więcej. Coraz młodszych. Coraz więcej.

Później przeczytałam zbiór rozmów z pisarkami "Głośniej", stworzony przez Agnieszkę Drotkiewicz i Annę Dziewit. To było niezłe.

Do "Jeszcze dzisiaj nie usiadłam" przymierzałam się od dawna, bo lubię Drotkiewicz, lubię interesujące rozmowy, no i wreszcie - urzekł mnie tytuł.
Książkę rozpoczyna rozmowa z Bellą Szwarcman-Czarnotą. To tu pada tytułowa fraza. "Gdy przychodziłam do najmłodszej siostry mojej mamy, ona wypowiadała sakramentalne zdanie, zanim jeszcze zamknęła za mną drzwi: "Jeszcze dzisiaj nie usiadłam." Z jednej strony było w tym poczucie krzywdy, że musi tak ciężko harować, a z drugiej strony był w tym triumf, że jest taka pracowita, jak nikt."

Dalej mamy bardzo interesującą rozmowę z Moniką Richardson. Zabrzmi to, jak zabrzmi, ale nie podejrzewałam pani Moniki o takie pokłady zdrowego rozsądku. Bardzo przyjemnie się tę rozmowę czytało.
Poza tym, jak wiadomo, zwraca się uwagę głównie na to, co  bliskie.
I tak wynotowałam na przykład:
1. Z rozmowy z Moniką Richardson - Ja jestem niewylewna, nieszczególnie serdeczna, nie mam kręgu przyjaciółek, z którymi spotykam się na kawkach jak w "Seksie w wielkim mieście". Paplanie koleżaneczek wydaje mi się głupotą(...)

2. Z rozmowy z Rochem Sulimą - Nie można się przebić przez "sytuacyjny", przelotny tryb egzystencji drugiego człowieka. Przez te żółte karteczki naklejone na lodówce, stanowiące nierzadko jedyne domowe spoiwo. Jesteśmy ciągle w stadium wzmożonej "samopromocji", nieustannej prezentacji siebie, ale już nie słowo, nie rozmowa rozstrzyga o rezultatach. 
i dalej
Chciałoby się znaleźć taką przyjaźń, która byłaby obroną przed namiastkami, przed psychicznym pasożytnictwem. Nie znoszę, jak ktoś psychicznie na mnie pasożytuje: przychodzi i demonstruje oznaki przyjaźni, a w zamian chce, żebym przejął odpowiedzialność za jego orientację życiową, żebym zapełniał mu czas, wyręczał w decyzjach. Być może zachowuję się egoistycznie i co gorsza - nieetycznie, ale nie znoszę psychicznych pasożytów.
Drotkiewicz: Ja też nie lubię osób, które umawiają się ze mną po to, żeby zająć sobie czymś godzinę. Podbić pieczątkę. Bo co miałoby wnosić takie spotkanie?
Sulima: W tym kontekście zawsze wolę obcego niż znajomego - obcy zawsze jest dla mnie wyzwaniem, pobudza mnie do aktywności. A jeśli ze znajomym nie mam wspólnego języka, tego samego słownika, to naprawdę się męczę. Tęsknię za bezinteresowną rozmową o świecie. Taką, która nie ma natychmiastowego praktycznego zastosowania. Zdarzało się nierzadko, że przychodził do nas Wiesław Myśliwski i od późnego popołudnia do grubo po północy mówiliśmy o wszystkim. I to było już w epoce telewizyjnej.

3. Z rozmowy z Sylwią Chutnik
Myślę, że takie nieprzykładanie swojej miary do innych ludzi jest bardzo trudne, a dla mnie jest bardzo ważne. (...) Każda kobieta ma swoją własną jazdę. I myślę, że w życiu trzeba się bardzo pilnować z tym, że nawet jeśli się miało trudne przeżycia i wyszło z nich obronną ręką, to nie można czuć, że ma się dzięki temu prawo do tego, by traktować potem ludzi "na pogardkę".
Drotkiewicz: To jest właśnie przemoc obecna w wielu wywiadach w kolorowych pismach, przemoc opowieści typu: "Byłam biedna...
Chutnik: ...ale teraz jestem bogata!" (śmiech)
Drotkiewicz: Albo: "Byłam gruba, jestem piękna" - w domyśle: "Też byś tak mogła"(...)
Chutnik: (...) udało mi się z czegoś beznadziejnego zrobić coś dobrego dla samej siebie. I miewam w życiu takie sytuacje, kiedy na jakichś spotkaniach autorskich, czy też na warsztatach fundacyjnych, podchodzą do mnie dziewczyny i mówią: "Boże, jak ty to robisz, masz tę fundację, masz dziecko, piszesz książki, jesteś taka spełniona, taka hej do przodu". A ja wtedy myślę sobie: "Tak jest, ale to była robota, którą cały czas robię, to jest nieustanna praca, nie wpadnij w pułapkę tego, że to jest proste" (...) Uważam, że zbyt mało mówi się o kobietach, które stoją z papierosem na balkonie, a zbyt dużo o szklanym suficie.

Tę myśl o kobietach na balkonie Chutnik mistrzowsko rozwinęła w "Cwaniarach". Choć dochodzę do wniosku, że o wiele bardziej lubię tę Chutnik z artykułów i wywiadów niż z jej twórczości - obraz wspólnoty kobiet, które mają dość i palą nocami fajki na balkonach był przedstawiony genialnie.

Od kilku lat naprawdę cenię swój czas, co wiąże się także z tym, że nie doczytuję tekstów, które mnie nudzą. Dwóch rozmów w tym zbiorze nie dokończyłam. Nie interesowali mnie rozmówcy, ani to, co mieli do powiedzenia. Mogę czytać wywiad z kimś, kto mnie średnio interesuje jako osoba, jeśli mówi bardzo zajmujące rzeczy. Może zaś mówić cokolwiek, jeśli interesuje mnie jako człowiek. I tak przeczytam. Dwa przypadki nie spełniły żadnego z tych warunków, ale nie płakałam. Pozostałe teksty wynagrodziły mi to z nawiązką.

Każda z tych rozmów dotyczyła podobnych zagadnień, w końcu Drotkiewicz chciała się dowiedzieć "jak żyć", a jednak niewiele w tej książce powtórzeń i zapisane dialogi są zwyczajnie ładne. Chciałoby się im przysłuchiwać na żywo. Podobało mi się także to, że tego wszystkiego nie odczytuje się jeden do jednego. Nie odkłada i nie zapomina błyskawicznie. Pobudzanie do przemyśleń to jedna w głównych zalet tej książki.
Zaczynam się zastanawiać, czy nie powinnam mieć jej w domu na stałe. To jedna z tych pozycji, do których się wraca. Jeśli nie po to, by czytać całość, to w poszukiwaniu nawiązań do konkretnych tematów i, jak widać wyżej, cytatów do poparcia własnych tez.



Agnieszka Drotkiewicz
Jeszcze dzisiaj nie usiadłam
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2011

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Nie, no nie mogę już patrzeć na tę samą notkę, gdy tu wchodzę.
Odezwę się jednak :)
W piątek byłam na Och My Blog o blogowaniu o kulturze i siedząc tam uświadomiłam sobie, że od trzech tygodni nie opublikowałam żadnej notki. Przyznaję, bywam zmęczona - organizm się przyzwyczaja do innych godzin pracy, a ja się dużo uczę. I jak się tak poważnie zastanowić (a zwłaszcza sprawdzić praktycznie), regularne prowadzenie bloga, gdy się ma rodzinę, zwierzaki i zajmującą pracę poza domem, bywa skomplikowane. Zwłaszcza jeśli chce się pisać o czymś więcej niż to, co się wymyśliło w autobusie, czy zrobiło w domu.
A jednak podejmę to wyzwanie. W tym tygodniu pojawi się kolejny tekst o książce - chyba nie chcę nazywać tego, co piszę, recenzjami. Za często to słowo czytam i słyszę ostatnio. A zbyt rzadko ma to związek ze stanem faktycznym.
Na razie zostawiam Wam nasz kolejny filmik na youtube. Część z Was na pewno widziała, nagranie ma już kilka dni. I może wyjaśnię. To jest audycja rozrywkowa. O książkach, bo książki nas kręcą, ale nie jesteśmy poważnymi gadającymi głowami. Zapraszam w ramach relaksu.
 
I jeszcze kilka zdjęć.
Kurczę, stęskniłam się za Wami!

mąż gotuje

po drodze była jakaś zima. trudno uwierzyć

lubię te bambusy

zakurzona o poranku

poniedziałek, 25 listopada 2013

Moi Drodzy Czytelnicy, dajcie mi z tydzień na przyzwyczajenie się do tego, że znów mam główną część dnia zajętą poza domem. Wrócę i będę Wam opowiadać o książkach.

Dziś byłam pierwszy raz w nowej pracy.
Mam fajną, rozwijającą pracę wśród inteligentnych i interesujących ludzi - czego chcieć więcej?
Moja przejęta mama, która od lat nie może przewalczyć swojej wizji mnie jako "matki dzieciom", chodzącej w garsonkach, kazała mi kupić sobie czółenka. Znaczy nie jej, tylko mi. Nie chcecie wiedzieć jaką wizję miałam z tymi butami.

Na zdjęciu Zakurzona w nowej robocie, którą strasznie się jara. Oczywiście w czółenkach ;)


Gdy złapie Was tęsknota, możecie obejrzeć nowy filmik na TROCHĘ KURTURY, w którym najpierw słowo 'książka' słowem 'książka' pogania, a potem, jak zwykle, jest tylko gorzej :)
Do zobaczenia niebawem.




czwartek, 21 listopada 2013

Czytam "Jeszcze dzisiaj nie usiadłam" Drotkiewicz i bardzo mi się podoba. Chwilami mnie zatyka na zasadzie: "och, tak powinny wyglądać rozmowy. Jeśli nie można mówić w ten sposób o życiu, lepiej się chyba nie odzywać." Piękne to jest.

Czytam i dociera do mnie jeszcze jedna sprawa. Jakoś tak mi się z rozmową z Moniką Richardson skojarzyło: od kilku lat coraz bardziej interesują mnie media i reklama. Normalnie zaczynam się zastanawiać czemu nigdy nie myślałam nad tym, by studiować coś w tym temacie. Choć, jak pokazuje Mediafun, nie jest to konieczne :)
Mam do Was prośbę, jeśli znacie jakieś książki, które warto przeczytać - chodzi mi o budowanie marki, media, reklamę, ale także ogólnie pojęty biznes, pogranicze psychologii i reklamy itd. itp. - podpowiedzcie mi. Ale niech to będzie coś, przy czym nie zasnę od razu.
Bardzo mi się podobały te:

1. Oszukać radar : jak mówić do konsumenta, który nie chce słuchać
2. Manifest Cluetrain
3. Kiedy ryby latają
4. Zakamarki marki
5. Grywalizacja


Zamierzam skorzystać z pozycji, które podaje u siebie Natalia Hatalska, o ile znajdę je po polsku. Po angielsku to mogę felietony z Timesa Caitlin Moran, ale o biznesie chyba jeszcze nie. Trwałoby to za długo. Chociaż, jeśli będę bardzo zdeterminowana... ;)

Jesteście w stanie coś dopowiedzieć? Będę wdzięczna.
Technologia Blogger.