wtorek, 9 kwietnia 2013

łabędź w ekstazie przedśmiertelnego śpiewu, czyli Isaura Guimaraesa

(tekst dla maniaków o dziwnych zainteresowaniach. długi.)

Bernardo Guimaraes (1825-1884) był przedstawicielem brazylijskiego romantyzmu i głosicielem szlachetnej idei abolicjonizmu.
Nie potrafiąc znaleźć sensownych powodów wydania tej powieści (poza czysto merkantylnymi), postanowiłam sprawdzić czy Guimaraes nie przemawia w imieniu uciśnionych. Okazało się, że owszem, ta książka została wydana i cieszyła się popularnością w czasach niewolnictwa. Pierwsze wydanie - 1875 rok.
Autor zmarł w 1884, a Izabela, córka cesarza Brazylii, Piotra II, podpisała edykt znoszący niewolnictwo dopiero cztery lata później, w 1888.
Starałam się o tym fakcie pamiętać podczas lektury, ale nie śmiałam się przez to ciszej, niestety.
Kończyłam tę książkę nocą i co chwila parskałam, budząc i strasząc bogu ducha winne zwierzęta, którym teraz będę musiała zapewnić jakąś psychoterapię, jakby dotąd nie były wystarczająco świrnięte, doprawdy!

Normalnie nie opowiadam książek. To nie strona ze streszczeniami dla leniwych maturzystów.
Choć może powinnam jednak pisać streszczenia w punktach, zwłaszcza nowości - gdzieś mi się bowiem o uszy obiło, że powstają takie książki, pełne opracowań "tego, o czym się teraz rozmawia w towarzystwie", dla ludzi, którzy co prawda nie czytają, ale czasem chcieliby "błysnąć".

Tym razem jednak streszczę, rozbiorę na kawałki i jeszcze będę cytować.

Niestety, kiepsko pamiętam serial telewizyjny, którego sukces, jak sądzę, przekonał PIW do wydania "Niewolnicy Isaury" w serii KIK*.
Pamiętam jedynie głównych bohaterów - Isaurę (Lucélię Santos) i Leoncia (Rubensa de Falco) - których wspólne zdjęcie znajdowało się  chyba w większości polskich domów.
Pamiętam, że znajome kobiety "Isaurę" oglądały, a później długo omawiały każdy odcinek.
"O Isaurze mówią kobiety w wałbrzyskich sklepach, windach, autobusach, w pracy nad biurkami, nad miotłami wzdychają, że ma coś w sobie Leoncio mimo niegodziwości okazywanej regularnie co odcinek."(Joanna Bator Piaskowa góra, WAB, Warszawa 2012 s.285)
Jeśli macie kwadrans, możecie wprowadzić się w nastrój:



Książka, którą stworzył Bernardo Guimaraes byłaby rewelacyjną parodią, ale nie takie było zamierzenie autora.
Przez pierwsze kilkanaście stron nie mogłam sprecyzować z czym mi się ten styl pisania kojarzy, aż sobie uświadomiłam że podobnie wyglądały "powieści", które pisałam jako jedenastolatka. Byłaby więc dla autora nadzieja. Oczywiście gdyby był małą dziewczynką. Małą dziewczynką, marzącą o wielkiej miłości, nie mającą pojęcia o relacjach jakie mogą zachodzić między kobietą i mężczyzną, ale wierzącą, że amor omnia vincit,  a drogą do szczęścia jest platoniczne uczucie, pokora i skrajna naiwność.
Bohaterowie są tu tylko czarni albo biali, od razu wiadomo kto jest łajdakiem, a kto człowiekiem szlachetnym w każdym calu. Wszystko to jest nam wyjaśniane przy wprowadzaniu danej postaci, żeby się czytelnik nie przemęczył zbytnim analizowaniem. 

Powieść jest cieniutka (150 stron), należy więc docenić inwencję scenarzystów, którzy potrafili na niej oprzeć wieloodcinkowy serial (oryginalna wersja miała sto odcinków), który porwał miliony.
Z drugiej strony, pisana jest w sposób, który wręcz domaga się przeniesienia na ekrany - bohaterowie mówią sami do siebie, narrator (głos z offu!) objaśnia nam na kilku stronach historię trzech pokoleń wstecz, po czym pisze coś w stylu: "a teraz powróćmy do naszych bohaterów, którzy nadal stoją w salonie"(bezpośredni zwrot do czytelnika to się nazywa).
No i dialogi. Prawie tak wspaniale kwadratowe i pokryte pazłotkiem (właśnie, że jest takie słowo! Masłowska pisała "dziennik z krainy pazłotka" przecież!), jak w większości polskich seriali.

Jeśli ktoś zamierza przeczytać tę książkę, licząc na zaskakujące zwroty akcji, niech przestanie ten tekst czytać. Teraz.



W pierwszym rozdziale poznajemy Isaurę. Poznajemy głównie jej wygląd, bo on aż do końca wydaje się najistotniejszy, a zaraz po nim skromność, uległość, czyste serce, piękny głos. Czy wspominałam już o wyglądzie?
"(...) piękną i szlachetną postać dziewczyny. Kontur jej profilu rysuje się wyraźnie (...) Tak czyste i delikatne są te linie, że olśniewają oczy, zniewalają umysł i paraliżują wszelką myśl. Jej płeć jest jak kość słoniowa klawiatury (Isaura siedzi przy fortepianie - dopisek zakurzonej), jak jutrzenka, której blask, zabarwiony lekkim odcieniem bladej róży, nie oślepia wzroku. Wysmukła szyja z niewymownym wdziękiem wspiera się na cudownych ramionach**" To nie koniec opisu, ale już Wam daruję.

W kolejnym rozdziale akcja po czterech zdaniach zmienia się w to, czego na początku nie umiałam sprecyzować. W opowieść jedenastolatki nie mającej pomysłu na budowę fabuły, która nie byłaby wycięta z kartonu. Nastolatki niecierpliwie zmierzającej do sedna opowieści, którą oczywiście są zawirowania sercowe, dziewczynki nie mającej ochoty tracić czasu na kreowanie postaci pobocznych. Nie żeby osobowość głównych była jakoś szczególnie bogato przedstawiona...
Wiadomo, że jacyś przodkowie bohaterów istnieć musieli, wypada więc zadbać o to, by opowieść była w wystarczającym stopniu tragiczna i już. Można na następnych ośmiu stronach streścić pokrótce historię rodziców Isaury, jej pochodzenia (jej matką była piękna niewolnica, a ojcem - Miguel, Portugalczyk, zarządca majątku. W matce Isaury kochał się podły właściciel - ojciec Leoncia - i z zemsty za to, że to nie jemu uległa, zamęczył ją przydzielając jej najcięższe prace, zaraz po tym jak urodziła córkę. Isaura była tak piękna, łagodna i biała(!), że matka Leoncia ją sobie upodobała i zapewniła jej staranne wychowanie.), historię Leoncia (z gruntu zły, a nawet jeśli nie, to zepsuty z czasem do głębi, wyrzucany ze szkół, bywały w świecie - wyjazd do europy na studia, których nie zrobił) i kilka innych szczegółów, w które nie chce mi się wchodzić.

Mamy więc:
Isaurę,
Miguela - jej ojca
Komandora - chwilowo nieobecnego właściciela majątku
Leoncia - zepsutego syna Komandora
Malwinę - żonę Leoncia
Henryka - brata Malwiny, którzy przyjechał z wizytą
Belchiora - paskudnego ogrodnika.


Jak porywająca jest uroda Isaury, będziemy się mogli przekonać już na kilku następnych stronach, kiedy to kolejno oświadczą jej się (tego samego dnia) Henryk, Leoncio i Belchior.
Jak widać pozostali mężczyźni nie marzą o związku lub choćby miłości fizycznej z Isaurą tylko dlatego, że są jej ojcem (Miguel) lub są nieobecni (Komandor).
Doprawdy wielka jest siła boskiego wyglądu tej niewolnicy.
Następnie Malwina dostrzega stosunek swego męża do Isaury i najpierw będzie próbowała wymóc na nim wyzwolenie niewolnicy, tak by ta mogła zniknąć z ich życia. Gdy to nie dochodzi do skutku, obrażona żona wyjeżdża wraz z bratem.

W czasie rozmowy o ewentualnym wyzwoleniu Isaury, Leoncio wspomina o tym, że Komandor (prawowity właściciel majątku i niewolników), nękany przez ojca Isaury ciągłymi prośbami, podał mu w końcu cenę tego wyzwolenia. Wymyślił kwotę będącą poza zasięgiem Miguela, żeby go zniechęcić. Gdy tylko Leoncio wymienia imię Portugalczyka, ten zjawia się u drzwi. Co więcej, dysponuje tą niebotyczną kwotą. Kwadrans później, gdy transakcja ma dojść do skutku (tu następują teatralne próby uniknięcia tego rozwiązania czynione przez Leoncia), służący przynosi telegram zawiadamiający o śmierci Komandora, która przekreśla wszelkie wcześniejsze ustalenia i pozwala autorowi dalej rozwodzić się nad strasznym losem Isaury.

Autor nie marnuje czasu i papieru na zawiłe opisy. Wszyscy potrzebni mu w danej chwili bohaterowie, natychmiast się zjawiają. Myślę, że nawet gdyby godzinę wcześniej znajdowali się na drugiej półkuli, wymienieni w rozmowie, pukaliby natychmiast w okno, twierdząc że właśnie tędy przechodzili.
Bohaterowie chwilowo niepotrzebni, dematerializują się. Tak się dzieje na przykład z ojcem Isaury w chwilę po tym, gdy przychodzi telegram. Nie wiadomo co on na to. Najwyraźniej znika zaraz po tym, gdy każe córce nie tracić ducha.

Urażona Malwina wyjeżdża, a Leoncio odsyła Isaurę do pracy fizycznej wraz z innymi niewolnicami, by "skruszała". Tam zadręczają ją propozycjami kolejni adoratorzy. Słowem: życie Isaury to ciągła i niestrudzona walka o zachowanie cnoty.
Tu nagle materializuje się ojciec i w minutę namawia córkę do ucieczki. Dlaczego dopiero teraz?
Uciekają, wszystko się oczywiście świetnie układa, ale autor znów nie zanudza nas szczegółami. Przecież nie chodzi o wiarygodne opisanie ucieczki, a jedynie o możliwość teleportacji Isaury w miejsce, gdzie będzie mogła przeżywać kolejne moralno-sercowe rozterki, bo przecież na tym upływa jej czas. Nie ważne więc jak, Isaura z ojcem osiedlają się w małym domku gdzieś pod miastem.

Żyją sobie spokojnie, ale oczywiście i tu niesamowita uroda Isaury nie pozostanie bez odzewu. Zakocha się w niej bajecznie bogaty Alvaro, mężczyzna dobry i szlachetny,  popierający wyzwolenie niewolników. Ten jeden z wzajemnością.
Isaura oczywiście nie przyznaje się swojemu wielbicielowi do tego, że jest zbiegłą niewolnicą i ma z tego powodu wielkie wyrzuty sumienia.
Bardzo mnie ubawiła sytuacja z balem. W okolicy organizowany jest bal, na którym mają być obecni wszyscy ludzie z "towarzystwa". Alvaro chce się pochwalić urodą Isaury, więc nalega, by na ten bal z nim poszła. Przekonuje Miguela, że takie stronienie od ludzi może się komuś wydać podejrzane (Alvaro się podejrzane nie wydało, bo ani przez chwilę nie pomyślał o tym kim naprawdę może być ta, podająca się za ojca i córkę, para.) i ostatecznie wszyscy udają się na bal.
Przy czym wcześniej Miguel przekonywał córkę, że powinni uczestniczyć w imprezie, bo gdyby nie przyjęli zaproszenia, a następnego dnia zniknęli, ludziom wydałoby się to podejrzane. Równocześnie uspokajał ją, że zaraz po balu mogą wyjechać i zniknąć. I co, wtedy nie będzie to podejrzane? Uwielbiam logikę bohaterów tej książki.
Sama Isaura ma złe przeczucia co do balu, uważa że nie powinna narażać reputacji ukochanego w razie gdyby kiedyś się wszystko wydało, miota się naprawdę pięć razy bardziej niż to wszystko warte, by chwilę później "porwana perspektywą tego niewymownego szczęścia" jakim jest spędzenie wieczoru z Alvarem, stwierdzić nagle, że jest godna tego uczucia i krzyczeć w euforii: "tak, pójdę na bal!".
Mam nieodparte wrażenie, że ktoś tu jest niezrównoważony.

Na balu oczywiście wszystko się wydaje, ale nim to nastąpi, Isaura jest oglądana jak koń na targu.
Wszyscy mężczyźni są zauroczeni, a większość kobiet zazdrosna. Dodatkowo Alvaro doprowadza do tego, ze Isaura musi siąść do pianina i zaprezentować wszystkim gościom zwój talent muzyczny. Bo oczywiście na tym polu także była uzdolniona. Wynotowałam dla Was fragment o tym, co urzekło słuchających. Aha, ukrywająca się (na największym balu, na środku sali za pianinem) Isaura występowała jako Elwira.
"Twarz Elwiry, na której zwykle malowała się skromność, prostota i słodycz, promieniała niezwykłym światłem; postać jej wyprostowała się dumnie; oczy błyszczały w upojeniu; łono, spokojne dotychczas jak toń jeziora w bezwietrzną księżycową noc, falowało gwałtownie niczym wzburzony ocean. Ze swą białą wysmukłą szyją przypominała łabędzia w ekstazie przedśmiertelnego śpiewu.**"

Dalej następuje demaskacja zbiegłej niewolnicy i scena wprost idealna do opery mydlanej. Isaura widzi zbliżającego się mężczyznę, który, jak ta słusznie przypuszcza, dokona demaskacji.
"Nagle Elwira przewała. Szarpnęła Alvara za ramię tak, że spojrzał na nią z niepokojem i zdumieniem.
- To on!... - z ust jej wyrwał się jęk ochrypły i zdławiony"
A potem, jakby nigdy nic, wmawia partnerowi, że coś ją boli, a on w to wierzy i jeszcze się martwi.
Śliczne.
Nikt początkowo nie chce wierzyć w pochodzenie Isaury, przeważają głosy niedowierzania: "nie, ta kobieta nie może być niewolnicą (...) należałoby zmusić go, by dał jej wolność. Trzymać w baraku kobietę stworzoną do tego, by zasiadała na tronie (...) tylko taki łajdak (...) zdolny był ujrzeć niewolnicę pod postacią tego anioła.**"
To nie pierwsza scena w książce, w której mówi się o tym, że tak piękna kobieta nie powinna być niewolnicą. Zastanawiam się jaki efekt chciał wywołać Bernardo Guimaraes, bo z lektury można wywnioskować, że niewolnictwo dotykające brzydkich ludzi bez wykształcenia dałoby się łatwiej usprawiedliwić. Pięknej Isaury niewolić nie można, o te mniej piękne zaś nikt się specjalnie nie upomina.

Odtąd nic już mnie nie dziwiło. Ani fakt, że doktor Geraldo - przyjaciel Alvara - który został czytelnikowi przedstawiony jako konserwatysta, wyjaśnia swemu przyjacielowi abolicjoniście, że póki istnieje niewolnictwo, będą występować nadużycia, bo "wadliwa instytucja powoduje nadużycia i tylko wówczas można je zlikwidować, gdy usunie się ich korzenie". (Zamienili się rolami widocznie.)
Ani karkołomne pomysły mające ocalić Isaurę przed powrotem do majątku Leoncia, kłamstwa naprawdę niedorzeczne, na które nabierają się urzędnicy, a wszystko to przedstawiane jako genialne plany wielkich umysłów.
Nie zdziwiło mnie nawet, gdy ni stąd ni zowąd w domku Elwiry-Isaury i jej ojca, zjawił się sam Leoncio, choć przecież list od niego dotarł dopiero chwilę wcześniej.

Alvaro się dematerializuje. Isaura wraca do majątku właściciela, który wdraża w życie "genialne" plany mające otworzyć mu drogę do ...serca Isaury, na przykład planuje wydać ją za mąż za paskudnego ogrodnika Belchiora. Niezbadane są ścieżki umysłu Leoncia - podstępnego geniusza strategii.
Oczywiście w dniu ślubu, gdy wszyscy są już na miejscu Alvaro ma entrée, ogłasza że wykupił wszystkie długi Leoncia, więc może teraz dysponować jego majątkiem (i niewolnicami).
Alvaro się oświadcza, Leoncio rwie włosy z głowy i popełnia samobójstwo, Malwina mdleje. Kurtyna.

Dlaczego napisałam tak długi tekst, streszczając dość mierną książkę?
Dlatego, że nie znalazłam za dużo po polsku w sieci na jej temat, lubię się grzebać w dziwnych starych powieściach, wreszcie dlatego, że zapewniła mi wieczór pełen śmiechu.
A tak poza tym, z powodu nostalgii. I dlatego, że miałam ochotę. Chciałam poświęcić tej książce trochę czasu.
Serial, nakręcony na podstawie powieści, stał się bez mała zjawiskiem socjologicznym. Sama kojarzę przynajmniej jedną Malwinę i jedną Elwirę, których matki uwielbiały "Niewolnicę Isaurę".

Był pierwszą telenowelą nadawaną przez telewizję polską. Przeciętni ludzie naprawdę tym serialem żyli.
"Gdy leci 'Isaura' w telewizji, na ulicach Piaskowej Góry nie ma kobiet, pustoszeje promenada wzdłuż Babela i nawet lodów z budki nikt nie kupuje, choć to niedziela. (...)We wszystkich domach Babela Izaura już ma się wyzwolić z niewoli, już ma szczęście ją spotkać i dostatek, a tu nagle odwraca się fortuny koło i do następnej niedzieli czekanie. Ale jest na co czekać i wiadomo, że się doczeka na oczekiwane, i to o wiadomej porze, a to rzadko zdarza się w życiu. Gdy wszystko się kończy, pozostaje dziura w niedzielnych popołudniach kobiet z Babela. Mimo kolejnych telenowel długo się nie zabliźnia, ciągnie jak blizna po cesarce" (Joanna Bator Piaskowa góra, WAB, Warszawa 2012 s.287)

W tekście książki, w rozmowie między niewolnicami, które opowiadają sobie o zamęczeniu matki Isaury, pada takie zdanie: "Niech mi Bóg wybaczy, ale ten starszy pan to był żydowin jakiś albo jeszcze gorzej." Czy ktoś jest mi w stanie powiedzieć, czy tak stało w oryginale czy to inwencja tłumaczki?

Jestem w stanie darować autorowi wszystkie grzechy. (Poza tym "żydowinem".) Czasy były inne, czytelnicy byli inni, idea zaś była szczytna.

Ale jak usprawiedliwić*** pisanie (i kupowanie. i czytanie!) współcześnie takich tekstów:
"Przyciągnął mnie do siebie tak, że leżałam na boku. Wykasłałam jeszcze trochę wody. Ren zdjął mokrą koszulkę i zwinął ją. Potem lekko mnie uniósł i ułożył koszulkę pod moją obolałą głową. Niestety, ból nie pozwalał mi w pełni docenić jego opalonej, wyrzeźbionej, muskularnej, nagiej klatki piersiowej. Cóż najwyraźniej nic mi nie jest, skoro jestem w stanie podziwiać widoki, pomyślałam. Chociaż, o rety, musiałabym być chyba martwa, żeby nie robiły na mnie wrażenia." [Colleen Houck Klątwa tygrysa. Cytat za: Wysokie Obcasy nr10(665)]

Albo takich:
"Jego język wdziera się do środka, władczy i nieustępliwy, a ja upajam się jego siłą. Ten piękny mężczyzna pragnie mnie. Moja wewnętrzna bogini tak promienieje, że zdołałaby oświetlić całe Portland." [E.L. James Pięćdziesiąt twarzy Greya. Cytat za: Wysokie Obcasy nr31(686)]





* Klub Interesującej Książki
**Bernardo Guimaraes Niewolnica Isaura, (tłumaczyła Dorota Walasek - Elbanowska) PIW, Warszawa 1986
*** Oczywiście, że jestem w stanie "rozumowo" wytłumaczyć ten fenomen. Ale i tak nie rozumiem :)

niedziela, 4 grudnia 2011

bolesne cv, czyli o życzliwości i szacunku

(tekst wyróżniony przez redakcję w konkursie "Stwórz z nami Wysokie Obcasy")

Osoby, które wirtualnie darzę sporą dozą sympatii, opisały dziś na fanpejdżu jednej z firm sytuację, w której się znalazły ostatnio. Mianowicie, wielki banner na dachu obwieszczał promocję na coś, a w lokalu okazało się, że promocja skończyła się tydzień temu, ale pracownicy lokalu mają problem ze zdjęciem banneru. Firma, o której mowa, jest tą której stanowczo unikam, jak kilku innych molochów. Nie lubię i już. Nie o firmę mi chodzi. Owych niezadowolonych klientów nieco poniosło i niektórzy zaczęli brzmieć naprawdę agresywnie. Zdziwiło mnie to, bo po pierwsze chodziło o pierdołę - mały gratis (albo o zasadę wprowadzania w błąd, no nie?), po drugie dlatego, że nie jestem specjalnie roszczeniowa i staram się jednak sprawy załatwiać inaczej, ale przede wszystkim się zadumałam...

Zaczęłam się zastanawiać, czy mój stosunek do innych, pracujących w usługach, bądź mających po prostu to "szczęście" mieć bezpośredni kontakt z klientem, wynika z tego, że swoje przeżyłam i doskonale wiem, jak to wygląda z drugiej strony? Że może ci, najbardziej roszczeniowi, zwyczajnie nie wiedzą jak działa ten rynkowy mechanizm i nie dociera do nich w kogo uderzy ich agresja?

Jakiś czas temu któraś blogerka chwaliła się, że wkurzona zadzwoniła na jakąś infolinię i choć wiedziała, że nijak to nie zmieni sytuacji, nawrzeszczała na osobę, z którą się połączyła, by, jak to ujęła "przynajmniej się wyżyć". Brawo. Naprawdę brawo.
Takie przykłady można by mnożyć w nieskończoność, więc może Wam coś, Drodzy Czytelnicy, opowiem.

Swego czasu, gdy przymieraliśmy głodem, miałam w domu małe dziecko, zawieszone na kołku studia i zero perspektyw, zatrudniłam się w telemarketingu. To była firma koszmarek. Otwarta przez dwóch młodych ludzi, z których przynajmniej jednemu sodówka uderzyła do głowy, wspaniale korzystająca z tego, że w mieście nie było pracy. Chłopcy zatrudniali ludzi na umowę-zlecenie i płacili prowizje od podpisanych umów. Żeby było weselej, nie wystarczyło namówić klienta na podpisanie umowy. Nie starczyło, by wysłał zgodę faksem. Aby dostać wypłatę w całości (jakieś zawrotne 700zł za miesiąc pracy), konkretna ilość umów musiała wrócić w wyznaczonym terminie, podpisana, pocztą. Jeśli jedna ci nie wróciła, bo klient zapomniał i woził ją w samochodzie dwa dni, albo cokolwiek, okazywało się, że zamiast za sześćset złotych, pracowałeś w tym miesiącu za 150. Sto pięćdziesiąt złotych. Za miesiąc pracy. Za wiszenie godzinami na telefonie, przekonywanie, za nerwowy płacz w kiblu. Często ludzie po studiach, którym się zwyczajnie nie udało. Ludzie z rodzinami na utrzymaniu. Oczywiście właściciele za te podpisane umowy zgarniali megagiga prowizję, niezależnie kiedy wróciły, ale tobie, miały wrócić do ostatniego dnia miesiąca. Sądzę, że mając takie możliwości i praktycznie zero wydatków, przez ostatnie lata uczynili już z tej firmy potęgę. Kto jednak zbierał cały opierdol od klientów? Oczywiście, że skazańcy na słuchawkach. Skazańcy, którzy nie mieli żadnego wpływu na to, jak to, co sprzedają, działa dalej. Cała ta firemka bowiem była przecież tylko podwykonawcą. Miała generować zysk i sprawiać, by było kogo opierdolić.
Cudnie było, naprawdę.
Chodziłam wtedy do pracy pieszo, bo nie było mnie stać na bilet. Na szczęście to tylko ok 30 minut marszu. Czasem jadłam rano tylko ryż z wody z resztką dżemu. Od marszu i gównianego jedzenia, które nie zapewniało podstawowych składników mineralnych, w tym żelaza, bolały mnie potwornie kości. Pamiętam, że dobrze mi szło, miałam jechać na szkolenie zewnętrzne i zająć się dużymi firmami i wtedy bezpośredni zwierzchnik zwolnił mnie, gdy nie było właściciela (tego, co mu sodówka nie uderzyła, a z którym kontaktowałam się w sprawach firmy, bo z kierownikiem bezpośrednim dogadać się nie szło). Miał takie prawo. Choć szef po powrocie bluzgał na niego, mnie przepraszał i chciał żebym wróciła, za dużo nerwów mnie to kosztowało. Pamiętam, że miałam odebrać jeszcze jakieś 45 złotych za jedną umowę, co wróciła po terminie. Umawiałam się z tym od sodówki. Znał termin moje przyjścia po kasę kilka dni wcześniej. Byłam wtedy cholernie głodna, znów przyszłam pieszo, a ten bogaty gówniarz zapytał, czy nie może mi jednak zrobić przelewu, bo nie ma drobnych. I na dowód wyjął z kieszeni gruby zwitek dwusetek. Musiałam mieć jakąś desperację w oczach, bo poleciał rozmienić kasę, ale kurwa mać.
Ludzi takich jak ja w tamtym czasie, często opierdalacie przez słuchawkę.
Ludzi, którzy są tam po to, by frustraci mieli się na kim wyżyć. Ludzi, którzy nie mają wyboru. Śmiało, dzwońcie!

Później Pit zatrudnił się w firmie "okołobudowlanej". Poprawiło nam się finansowo, ale widywaliśmy się raz na dwa tygodnie przez dwa dni. Do tego Pit zasuwał jak dziki, nocował w hotelach robotniczych, gdzie wszyscy po pracy zachlewali się na umór. Poza innymi wadami, ta firma miała zasadniczą, płaciła nieterminowo i w ratach - jak akurat wypadło. Była na przykład taka sytuacja: Pit miał odebrać wypłatę w weekend, ale oczywiście pieniędzy na czas nie było, zostawił nas więc (mnie i młodego) i pojechał w kolejne miejsce zakładać przewody, tylko dlatego, że szef obiecał pieniądze za dwa dni. Miałam iść do firmy i dostać wypłatę Pita. Przeżyliśmy z Tymkiem te dwa dni "na oparach", potem ubrałam jego i siebie, a mróz był siarczysty i kupa śniegu, i poszliśmy do firmy pieszo po kasę - na bilet już nie miałam. Na miejscu okazało się, że pieniędzy dla mnie nie ma. "Mogę dać pani 20 złotych w tej chwili". Poczułam się jak gówno. Tym bardziej, że nie mogłam mu powiedzieć, żeby sobie te dwie dychy zeżarł. Musiałam wziąć ochłap, bo nie miałam już na chleb.
W tym czasie Pit, przechodząc w roboczych ciuchach przez budowę, usłyszał jak to pani mówi do dziecka, że jak nie będzie się uczyć, to też będzie robić na budowie, jak ten pan.

I jeszcze nasze początki w Warszawie, gdy trzeba było od ręki gdzieś się zatrudnić, by mieć na podstawowe rzeczy i szukać czegoś dalej.
Mała nie miała jeszcze roku, gdy zatrudniłam się w markecie w dziale "warzywa i owoce". Pit w tym czasie sprzątał kino na noce. On pracował na zlecenie, ja miałam jakieś oszałamiające 1200 netto, ale z ubezpieczeniem przynajmniej. Wyglądało to tak: Kino Pita było na drugim końcu miasta, nie byłabym więc w stanie doczekać się, aż dotrze do domu, przejmie dzieci, bym mogła dotrzeć do pracy na szóstą. W pracy więc byłam 6:30-14:30. On wracał nieprzytomny po nocy - kto nie zasuwał fizycznie na akord, nie ma pojęcia w jakim wracał stanie. Dzwonił do mnie, że właśnie wysiadł z autobusu,wtedy ja (o ile dzieci spały), wybiegałam z domu, by dotrzeć na czas do marketu. Mijaliśmy się po drodze, machając sobie z oddali. On po nocy zajmował się niemowlakiem, ja zapieprzałam w sklepie. Kładł się spać na kilka godzin, gdy wracałam, potem leciał na nockę. I tak w koło.
Jak wyglądała praca w tym markecie? Była jedna fajna kierowniczka, pewnie dlatego, że ciężko przez życie doświadczona babka. Było kilka dochodzących księgowych, które patrzyły na pracowników jak na bydło, była główna szefowa, pracowita, ale jeśli chodzi o kontakt z ludźmi, kompletny burak. Do tego mówiła "tam pisze" i "wziąść", co mnie doprowadzało do rozpaczy.
Pierwsze dni to była walka z własną dumą (miałam być przecież psychologiem. studiowałam... a tu kapustę układam i to w markecie, do tego wrzeszczy na mnie chamska kretynka, co żadnej książki w życiu nie przeczytała. Kilka razy płakałam w sałatę) i własnym ciałem. Dlaczego własnym ciałem? Bo normy BHP to mit.

O szóstej przyjeżdżały ciężarówki wioząc towar z magazynów. Do ósmej, kiedy to wkraczali klienci, wszystko musiało być rozpakowane i wyniesione na zaplecze, do chłodni, a towar z chłodni powykładany w dziale. Mam 170 cm wzrostu i długie ręce. Palety były załadowane na wysokość moich wyciągniętych w górę rąk. Na palecie mieściły się w poziomie cztery duże skrzynki (jabłka, sałata lodowa, grapefruity - ciężkie jak cholera i najcięższe kiszonki, pod ciężarem których pękały co starsze plastikowe skrzynki i trzeszczał mój kręgosłup), lub osiem małych wyższych pojemników (pomidory, mandarynki, papryka, brokuły). W najlżejsze dni palety załadowane na maksa były tylko trzy, często było ich pięć. Do tego dochodziła paleta lub dwie z wielkimi (25kg?)workami - ziemniaki, kapusta, cebula i mniejszymi z marchwią, selerem, pietruchą i brukselką. Te z workami załadowane były mniej więcej do mojego pasa. Musiałam to poprzekładać na wózek i wywieźć na zaplecze, a z zaplecza przywieźć nieco starszy towar na półki. SAMA. W 1,5 GODZINY.

Oczywiście zdarzały się kontrole, wówczas nie wolno nam było nawet przemieścić pustej palety, którą normalnie brało się pionowo i galopem ciągnęło na zaplecze, żeby się któryś klient nie potknął.
Przychodziłam do domu i przez pierwszy tydzień płakałam z bólu. Bolało mnie wszystko. Przychodziłam, siadałam i zalewałam się łzami, a następnego dnia wstawałam o piątej i jazda!
Proszę pamiętać, że miałam w domu jeszcze dwoje dzieci, którymi trzeba było się zająć, wyprać i nakarmić też.
Klienci byli z reguły koszmarni.

Zasada była taka, by ładne warzywa dawać na spód, na wierzch zaś te wczorajsze. I tak: jak chciałeś dobrze dla klientów, dostawałeś opierdol od szefa, że się nie stosujesz do zasad (przecież towar ma zachęcać do kupna, poza tym i tak wygrzebią co ładniejsze, po co więc im dawać gówno u góry?? nie kumam tej polityki), jak szef zadowolony - zjebki od klientów, z których większość sądzi, że jesteś kompletnym debilem, skoro nosisz wory z kartoflami.

Kiedy towar był lekko przejrzały, cenę obniżało się czasem nie na kilogramie tylko tak: brało się dwa banany podobnych gabarytów, ważyło jednego, naklejało cenę za tę jedną sztukę na worek, a wsadzano do środka oba. Do tego szła nalepka "2 w cenie 1". czy wiecie, że zdarzały się osoby, które rozrywały worek, ważyły jednego i drugiego banana i robiły awanturę, że one nie ważą tyle samo, a więc jesteśmy złodziejami? Co im niby miałam powiedzieć? Że niestety wzorzec banana skradziono właśnie z Sevres i stąd różnice?

W ogóle klienci non stop uważali, że są okradani. Bo tu drożej niż w innym sklepie, albo skończył się towar z gazetki promocyjnej, więc na pewno pracownicy ukradli. Jakaś cholerna paranoja. Skoro wokół sami złodzieje, to jak oni biedni żyją. Naprawdę współczuję.

Rano, poza rozładowaniem tego wszystkiego z palet, trzeba było iść do biura po wykaz nowych cen, promocji itd. I jeszcze to pozmieniać do ósmej.
Pamiętam taki dzień, gdy młoda kiepsko spała, więc popędziłam do pracy nieprzytomna, z Pitem znów nie zamieniłam ani słowa, szefowa miała sraczkę, bo zapowiedzieli się z centrali i nazamawiała milion nowych rzeczy - tym razem jakoś kazała stary towar wywalić. Czekałam aż każe trawę malować na zielono. I wkroczyła ta klientka. Punkt ósma. Ja spocona już jak mysz. Wzięła jakiś tam owoc, u góry było napisane, że jest w promocji, a cena wyskoczyła inna. Pokazałam jej, że przy promocji jest zaznaczona wczorajsza data, przeprosiłam, bo powinnam była to jednak zdjąć i wtedy klientka wycedziła przez zęby: jak się pani nie wyrabia, to trzeba wcześniej do pracy przychodzić! Przysięgam, że miałam wizję jak skaczę na nią i tłukę w łeb skrzynką soków z marvitu. I tak dwanaście razy.

Zasuwaliśmy biegiem. W jakim tempie po jakimś czasie wykonywało się codzienne obowiązki, widziałam dopiero, gdy przychodziło mi szkolić kogoś nowego i on to robił taaaak pooowoooli - czyli jak normalny człowiek.

Pracowali ze mną z reguły fajni ludzie. Było kilku leserów, ale ci szybko wylatywali. Pracowali ludzie, którzy zostali zwolnieni z innych miejsc i brakowało im kilku lat do emerytury. Dziewczyny, gotowe pracować ciężko i piąć się w górę. Kobiety, których mężowie byli śmiertelnie chorzy, osoby zajmujące się po pracy chorującymi na alzheimera rodzicami. Były też kobiety, które tak ciężko pracowały od zawsze. Naprawdę podziwiałam ich siłę i pogodę ducha. Część z nich dojeżdżała spod Warszawy, bo w markecie w centrum płacili więcej niż w ich okolicy - one wstawały PO TRZECIEJ W NOCY. Siłaczki.

Plusem tej pracy było to (poza faktem, że w 2 m-ce schudłam 9kg), że jak już wylądowałam w księgarni, wydawało mi się, że oni tam nic nie robią. Nikt nie biega, nie trzeba się tłumaczyć z wyjścia do kibla. Pamiętam jak mi dziewczyny mówiły, że raz w tygodniu jest dostawa i wtedy jest ciężko. Tyle że te kilka palet przenosiło do sklepu dwóch-trzech chłopaków. W markecie nosiłam tyle sama. Codziennie.
Niestety w cięższym miesiącu, po kilku książkowych dostawach, na nadgarstkach wyskoczyły mi bolesne ...nie wiem jak to nazwać...takie twarde kulki. Popuchło mi to wszystko. Do dziś nie bardzo mogę dźwigać. Pamiątka po markecie.

Byłam też kiedyś na szkoleniach w firmie, która tak cudnie wyglądała w teorii... Można zacząć od sklepu, ale potem jest droga awansu, można przejść do biura. Hahaha.
Szkolenia były naprawdę dobrze zorganizowane. Ludzie z centrali przedstawiali fajną wizję, złote, kurczę, zasady. Tyle że w praktyce nic z nich nie dało się zastosować.
I nie wiem czy centrala naprawdę żyje w jakimś innym matrixie, czy są tak nienormalni.

obrazek z soup.io
Do czego zmierzam?
Ano do tego, że za niezadowolenie klientów bekną zawsze ci, stojący najniżej. Centrala z reguły ma wszystko w dupie. Ci, którzy najciężej pracują, mają najniewdzięczniejsze zadania - oni zbierają baty. I od klientów i wszystkich powyżej.
Proponowałabym po prostu próbować się po ludzku dogadać na miejscu. Jeśli firma nie ma w dupie klientów, zareaguje właściwie. Jeśli ma, pracownik, czy nawet jego bezpośredni zwierzchnik, nie ma pola manewru. Jest tylko spluwaczką dla klientów.
Pisanie atakujących postów na fanpejdżach niewiele pomoże. Może dostaniecie zwrot tych pięciu obiecanych złotych, ale polityka firmy się nie zmieni. Czy naprawdę sądzicie, że gdyby pracownikom dać czas, środki i pole manewru, nie zrobiliby tego, co do nich należy? Najprawdopodobniej mają taki zapieprz, że nie pamiętają własnych nazwisk. Stronę dla fanów może prowadzić wynajęty człowiek, który dostaje za to kilkaset złotych i nie ma wpływu na nic.
Jeśli chcecie zmieniać rzeczywistość, uderzajcie wyżej, bez szukania winnych. Wierzę, że zdarzają się mądrzy szefowie, tylko czasem im się rzeczywistość z wizją rozmija.
Najlepiej by było, gdyby ludzie z centrali, także ci najwyżej postawieni, co jakiś czas musieli osobiście obsługiwać klientów i mieli szansę sprawdzić, co z ich pięknych wizji daje się zastosować w praktyce.
W idealnym świecie, kazałabym też wszystkim sfrustrowanym klientom od czasu do czasu wymienić rolkę w kasie, gdy pięć osób w kolejce fuka na stracony czas.
Tym, co biorą pieniądze, gdy kasjer za dużo wydał, zabierałabym z wypłaty. A do tych, co dzwonią na infolinię, by się wyżyć, wykonywałabym kilka obelżywych telefonów w tygodniu.

Po drugiej stronie też są ludzie. Czasem pracują tak przez chwilę, czasem całe życie. Wszędzie znajdą się szuje i opierdalacze, ale czasem to zmęczenie, albo przypadek. Prawdziwi leserzy żyją z emerytury matki, a nie wstają co rano o czwartej do roboty. Wierzcie mi. I zróbcie czasem coś miłego dla kasjera, nim zwolnią Was dwa lata przed emeryturą i sami siądziecie na kasie.