Dość upierdliwie kończy się ten rok.
Wczoraj odkryłam, że Bronisława ma jakieś zapalenie dziąsła i w pierwszej chwili chciałam iść z nią dziś do weta, ale przemyślawszy jak bardzo będzie się stresować samym wyjściem z domu, uznałam że pójdziemy od razu po Nowym Roku - dziś dodatkowo stresowałyby ją fajerwerki.
Ja od dłuższego czasu czułam się kiepsko - objawy mam takie, że wolę nie diagnozować się doktorem googlem, bo nic miłego mi nie powie.
Wczoraj Młoda zasnęła wcześnie jak na nią i nagle o 23. uznała, że trzy godziny snu to wystarczająco długa drzemka i można szaleć dalej. Siedziałam więc z nią do 2:30, czując się coraz gorzej. Przysnęłam w końcu i po czwartej obudził mnie wstrętny ból i ogólna słabość. Przez pierwsze dwie godziny z herbatkami ziołowymi, bałam się że wyląduję jednak gdzieś na ostrym dyżurze, co nie miałoby wielkiego sensu, bo jak się kłaść do szpitala to raczej drugiego stycznia niż w Sylwestra.
O szóstej Rudzia zsikała się na dywanik, co jej się nie zdarza w zasadzie - ale jest już poddenerwowana wystrzałami za oknem. Dziś psy nie chcą wychodzić na spacery, obawiam się więc, że jeszcze kilka dywaników wypiorę.
Obudziłam Pita, by wziął psy na dwór, bo sama nie byłam w stanie nic poza półleżeniem i wlewaniem w siebie ziołowego płynu. Gdy tylko wyszedł, w Bronkę złe wstąpiło i nasikała na koc na łóżku, więc zaraz po umyciu podłogi po Rudzi i wrzuceniu dywanika do prania, musiałam przebierać prześcieradło i ratować koc.
Dzisiejszy dzień spędzam w dresie, z dziurawcem, szałwią i miętą żywiąc się pieczywem ryżowym i oczekując poprawy. Raz się rozbieram, bo mi gorąco, za pół godziny dygocę sobie pod kocem i tak mi czas upływa. Fajna impreza, nie ma co :D
Życzę sobie, żeby było lepiej.
A na komentarze spod poprzedniej notki odpowiem jak mi się poprawi trochę.
Mam wrażenie, że ostatnie cztery lata nas potwornie wyssały. Wcześniej nic nam nie dolegało, teraz wszystko się sypie po kolei (zdrowie). Stres, kłopoty i próby zaradzenia im, dały nam ostro w kość.
Musimy zadbać o siebie bardziej, bo nadal jednak Too Young To Die. I mamy tu jeszcze trochę do zrobienia.
Etykiety
- książki (60)
- nie stać mnie (29)
- rzeczpospolita futrzasta (652)
- spacerownik (33)
- to znowu ja (7)
- UWAGA KONKURS (2)
- vege (57)
- zobaczone/obejrzane (2)
sobota, 31 grudnia 2011
piątek, 30 grudnia 2011
na koniec roku bez postanowień, dalej robić swoje
Gdzie chciałabym być za kilka lat?
W miejscu, gdzie byłoby więcej przestrzeni i mniej ludzi. Gdzie czułabym, że mam coś ważnego do zrobienia i robiłabym to.
(tu jest cały plan, dotyczący tego, co chciałabym robić, którego nie będę upubliczniać, póki nie zrealizuję)
Póki co, chcę rozwijać się w wielu kierunkach.
Intelektualnie, społecznie, duchowo i fizycznie.
Bawi mnie, że nagle wszechstronny rozwój staje się nowym odkryciem - powstają artykuły na temat oświeconych par, które nagle olśniło. Pracowaliśmy non stop i nagle dopadła nas choroba/depresja/zniechęcenie i oto wpadliśmy na genialny pomysł - nasz rozwój nie był zrównoważony. Zwolniliśmy się z pracy i teraz będziemy siedzieć w domu, rozmawiać i rozwijać duchowość.(czyli przegniemy w drugą stronę, bo przecież można się wyspać na zapas, prawda?)
Normalnie eureka. Jakie to śmieszne. Jakby taki obrót spraw nie był do przewidzenia.
Całkiem jakby ktoś napisał, że odkrył że żywienie się samymi batonikami powoduje przyrost dupy.
Ludzie, skąd Wy jesteście?? - chciałoby się zapytać.
Nie korzystam z "dobrodziejstw" życia w dużym mieście. Gdybym była bezdzietną dwudziestolatką, może bym korzystała. Im dłużej mieszkam w miastach (a co kilka lat przeprowadzałam się do coraz większych), tym głębiej utwierdzam się w przekonaniu, że to nie jest najlepsze miejsce do wychowywania dzieci, do egzystowania jako rodzina.
Gdybyśmy pracowali sześć godzin dziennie zdalnie i mieli sporo kasy, pewnie byłoby to łatwiejsze, obecnie czuję jak tracimy czas. Na potęgę.
Praca na drugim końcu miasta plus dojazd sprawia, że dzieci widzą ojca przez trzy godziny dziennie - przed zaśnięciem. Ta praca w tej firmie to najlepsze co się Pitowi (i nam też) zdarzyło od lat, ale nie zmienia to faktu, że czasu sam na sam nie mamy już praktycznie w ogóle. (jak ja pracowałam też mnie nie było po 12h, uroki miasta z korkami)
Przeglądam czasem strony lansujące nowoczesne rodzicielstwo miejskie. Jasne jasne, super, jak się ma wolny zawód, samochód i zasobny portfel. Bo oczywiście można próbować wbić się na jakieś wystawy za darmo, połazić po parkach i zrobić inne fajne rzeczy, tyle że przez ponad pół roku oznacza to wymrażanie tyłków na przystankach, bo nawet do najbliższego parku pieszo za daleko. Ze starszymi dziećmi pewnie łatwiej, ale starsze już mają w poważaniu wyprawy z rodzicami :)
Dochodzą psy, które źle znoszą samotne siedzenie w domu i przydałby im się ogród.
Można by z nimi nad Wisłę, ale tylko w dzień wolny, bo z tego się robi całodzienna wyprawa. Stosunkowo blisko mam taki mały zakątek, gdzie jest dość dziko, ale nawet tam o piątej rano spotykam ludzi z psami - za dużo nas wszędzie tutaj. Jakiś czas temu odkryłam, że zlikwidowali już ogródeczki, które okalały ten zakątek, wyrównują wszystko i lada dzień zaleją betonem. Miasto, psia jego mać.
Pies nie jest od tego, by siedzieć w bloku. Człowiek (ja!) też nie.
Póki tu jestem, wezmę stąd co dobre, ale plan na przyszłość jest inny.
Póki tu jestem, wezmę stąd co dobre, ale plan na przyszłość jest inny.
Wielkomiejskie dzieci z klasy mocno średniej, zamiast robić coś fajnego u dziadków lub z rodzicami, albo z rówieśnikami, ale na innym gruncie, są poutykane w świetlicach i siedzą w przedszkolach do oporu, mimo że w okolicach piętnastej tam już się dydaktycznie nic specjalnego nie dzieje. (Jasne, na pewno podacie mi mnóstwo przykładów na to, że to też może być fajne i może inaczej wyglądać i ok. Ale mogę mieć inna wizję na przyszłość? Mogę nie chcieć w ten sposób?)
Mam dzieci, mam zwierzęta, mam męża i mam wobec nich zobowiązania. To zobowiązania, które nie są obowiązkiem. Które są dyktowane chęcią i miłością. I kurde, wszystkim nam trzeba więcej wolności, więcej samodzielności, więcej przestrzeni i radości. Oraz CZASU.
Zdaję sobie sprawę, jakie są realia i jak żyje wiele rodzin, ale nie oznacza to, że ja nie mogę lepiej.
A dla mnie lepiej, znaczy normalny status materialny, brak długów, wakacje pod namiotem, a nie na Karaibach, praca która ma sens i przynosi coś dobrego, a poza tym dużo czasu z bliskimi.
Nie chcę plazmy, ipoda, iphona i innych i-cosiów, ale chciałabym na przykład najprostsze rowery i kalosze dla całej czwórki, żebyśmy mogli czynnie wypoczywać. Mam w nosie płatne baseny, marzę o jeziorze blisko. Z materialnych rzeczy poza książkami w każdej ilości, potrzeba mi jeszcze tylko aparatu fotograficznego - bo przyda się do realizacji planów. Komputer mamy jeden dla całej rodziny, bo po co więcej?
Rodzina mi się starzeje i chciałabym mieć ich bliżej - choć czasem to kompania z piekła rodem jest :)
Kuzynkę znam głównie z facebooka, straszne fajna baba z niej wyrosła, a ja mam tylko mgliste wspomnienia z czasu, gdy była w wieku mojej córki i potem jakieś pojedyncze sceny z "Wszystkich Świętych".
Tak. O tym właśnie myślę na koniec roku.
Zbieram siły na dalszą walkę z rzeczywistością. I chrzanię wszystkich, którzy chcą mi udowodnić, że to wszystko mrzonki i nie-da-się.
Wszystkim czytelnikom życzę, żeby im też się (U)DAŁO. Wszystko, co chcą zrealizować. Nie tylko na Nowy Rok. W ogóle.
To co? Polecę tu Pauschem, co? Bardzo lubię...
Mury wznosi się nie bez powodu. Wyrastają nie po to, by nas powstrzymać. Wyrastają po to, by nam pokazać jak bardzo czegoś pragniemy.
Etykiety:
nie stać mnie
przepraszamy. weny chwilowo brak.
Pióro mentalne mi się przytkało i nie mam jak pisać.
Mogłabym Wam przynajmniej zacytować, co czytam, ale ten koniec roku jest wystarczająco szary - nie trzeba Wam jeszcze rozważań o Holokauście.
Mam strasznie pokręcone sny ostatnio i przychodzą w nich do mnie ludzie, których nie widziałam długimi latami. A że bardzo kiepsko się ostatnio czuję, mogłabym bez trudu wmówić sobie, że przychodzą się pożegnać, bo wiedzą o czymś, czego sobie jeszcze nie uświadamiam. Brr. (grunt to zdrowa paranoja)
Robicie coś ciekawego w Sylwestra i Nowy Rok?
A może jakieś postanowienia już są?
(Ja będę czytać, spacerować, oglądać filmy, grać w karty itp. Zaś postanowień nie robię już dość długo - nigdy ich nie spełniałam.)
czwartek, 29 grudnia 2011
przedpołudniowo
Usiadłam, żeby coś napisać i utknęłam z mało inteligentnym wyrazem twarzy, gapiąc się na edytor tekstu.
I chyba muszę wrócić do czytania słownika poprawnej polszczyzny, bo zaczynam mieć problemy z prostymi sformułowaniami.
Jako że pustka w głowie i humoru też jakoś brak, zostawię kilka zdjęć. Może się Wam spodobają.
jesteśmy rodziną ptaków:
z lewej u góry na niebieskim - babcia
poniżej na czerwonym -malutka Tola z Tymkiem
wielki na czerwonym z wąsami - dziadek
na końcu po prawej mama i tata (całkiem z brzegu)
Czy ktoś ma pomysł skąd wziąć energię? Mam wrażenie, że ostatnio budzę się zmęczona.
***************
dodatek. znalezione w sieci:
i blog, za udostępnienie którego niektórzy chcieli mnie zamordować :)
(szczególnie za panią, która używa tipsów jako patyczków higienicznych oraz jako łyżeczki :D)
o tu: http://wtoku.tumblr.com/
I chyba muszę wrócić do czytania słownika poprawnej polszczyzny, bo zaczynam mieć problemy z prostymi sformułowaniami.
Jako że pustka w głowie i humoru też jakoś brak, zostawię kilka zdjęć. Może się Wam spodobają.
jesteśmy rodziną ptaków:
z lewej u góry na niebieskim - babcia
poniżej na czerwonym -malutka Tola z Tymkiem
wielki na czerwonym z wąsami - dziadek
na końcu po prawej mama i tata (całkiem z brzegu)
Czy ktoś ma pomysł skąd wziąć energię? Mam wrażenie, że ostatnio budzę się zmęczona.
***************
dodatek. znalezione w sieci:
i blog, za udostępnienie którego niektórzy chcieli mnie zamordować :)
(szczególnie za panią, która używa tipsów jako patyczków higienicznych oraz jako łyżeczki :D)
o tu: http://wtoku.tumblr.com/
środa, 28 grudnia 2011
Baśniobór. Tom pierwszy i drugi. Brandon Mull
2. Baśniobór. Gwiazda Wieczorna wschodzi.
Brandon Mull
WAB
Warszawa 2011
Przyznaję się wszem i wobec, że wsiąkłam w serię książek dla dziewięciolatków. Co więcej, kupiłam ją synowi, by podstępnie ukraść mu dwa tomy spod choinki i przeczytać w ukryciu, korzystając z jego zainteresowania książką o fizyce.
Kiedy zauważył co robię, było już za późno. Już ukryta w dziecięcym pokoju ratowałam magiczny rezerwat i walczyłam ramię w ramię z wróżkami.
Gdy rzuciłam się na drugi tom, syn zajął się pierwszym. Siedzieliśmy razem na kanapie. On doił magiczną olbrzymią krowę, ja w tym czasie przymierzałam się do walki z ożywieńcem i karmiłam wściekłego olbrzyma żywym bawołem. Wsiąkliśmy.
Niestety już skończyłam, ale drugi tom wcale nie rozwiązał zagadki. Gdybym wiedziała, że jest już tom trzeci po polsku (póki co w oryginale wyszło pięć), pewnie ruszyłabym na poszukiwania.
Bardzo dobra lektura. Nie tylko dla dzieci.
p.s. Rozumiecie już dlaczego mniej piszę ostatnio. Miałam na głowie ratowanie magicznego świata, a jeszcze czekają inne książkowe prezenty :)
Bardzo dziękuję za liczne wyczerpujące i osobiste komentarze pod poprzednią notatką. Robi się z tego cenne źródełko :) Jeśli komuś coś się jeszcze przypomni, proszę dopisywać. Wielkie dzięki!
Bardzo dziękuję za liczne wyczerpujące i osobiste komentarze pod poprzednią notatką. Robi się z tego cenne źródełko :) Jeśli komuś coś się jeszcze przypomni, proszę dopisywać. Wielkie dzięki!
Etykiety:
książki
wtorek, 27 grudnia 2011
książki jako inspiracja do zmiany
Pod jedną z poprzednich notatek odpowiedziałam na komentarz PaniX, w efekcie czego zostałam poproszona o podanie listy książek, które pomagają kształtować charakter i mogą być pomocne przy zmianie stosunku do świata.
Okazuje się, że to nie takie proste.
Często w chwilach zwątpienia miałam wrażenie, że wszyscy radzą sobie z życiem lepiej niż ja. Nie że mają w życiu lepiej, tylko że lepiej sobie z tym, czego doświadczają, radzą.
Widząc, że ktoś żyje tak, jak ja bym chciała, zastanawiałam się jak on to robi. Czasem nawet pytałam, pisałam maile, potrzebowałam recepty.
Dopiero po czasie dotarło do mnie, że było dokładnie tak, jak pisze Covey:
"Kiedy w życiu jednostek, rodzin i organizacji opartych na trwałych zasadach dzieje się dobrze, zaciekawia to innych. Podziwiają oni siłę i dojrzałość takich ludzi, jedność i współpracę w rodzinach, współdziałanie dostosowane do zmiennych warunków w organizacjach. Natychmiastowa reakcja ludzi odkrywa ich podstawowy paradygmat. Pytają: "Jak ty to robisz? Naucz mnie tych sposobów". Naprawdę mówią wtedy: "daj mi jakiś doraźny środek, który uśmierzy mój ból".
Chciałam czegoś w stylu: "rano pięć razy ściskam lewe ucho, potem łykam trzy płatki tulipana; no i śpię przy otwartym oknie. jeśli zrobisz to, co ja - poczujesz się dobrze".
Tymczasem nie tak łatwo wyjaśnić, jak się dotarło do momentu, w którym się jest. Na to składa się mnóstwo spraw, wyborów, pracy i czasu. Można nawet próbować wyjaśnić komuś czym się kierujemy, ale to będą tylko słowa. Póki drugi człowiek nie przejdzie własnej drogi, sam siebie nie ulepi, możemy mu najwyżej orientacyjnie wskazać kierunek. A i tak nie wiadomo, czy jemu tak samo spodoba się to, co po przejściu tą ścieżką zobaczy.
Na to, kim jesteśmy dzisiaj, składają się wszystkie nasze doświadczenia, ludzie których spotkaliśmy i tak naprawdę drobiazgi. Książki też, ale póki w środku nie zdarzy nam się takie KLIK, które sprawi, że wszystko, co przeczytaliśmy, zobaczyliśmy, przemyśleliśmy i przeżyliśmy nabierze nowego sensu, nasze lektury będą budowaniem fundamentu. Nie zaczarują nam rzeczywistości, ale każda z książek będzie ważna. Po tym KLIK, do niektórych z nich wrócimy, by na nowo odczytać wskazówki.
Bodajże w "Opętanych" Gombrowicza był taki fragment... Nie mam pewności, bo czytałam to raz kilkanaście lat temu, mogę więc trochę przekłamywać. Był tam dziadek, z którym nie było kontaktu, a któremu wszyscy chcieli pomóc coś sobie przypomnieć. Z rozważań wyszło im, że poprzednio do pożądanego zachowania sprowokował go jakiś gest domownika; wszyscy zainteresowani zaczęli więc wykonywać dziwne ruchy, sekwencje kroków i gestów, i obserwować czy to zadziała. Ktoś zastygał z łokciem pod dziwnym kątem, ktoś inny przedziwnym gestem rozkładał talerze na stole.
Mam wrażenie, że z tym naszym dochodzeniem do tego, o co nam w życiu chodzi i co chcielibyśmy ze sobą zrobić, oraz szukaniem osobistego sensu życia (który sobie wypracujemy i nadamy/stworzymy) jest jak z sytuacją z "Opętanych". Nie do końca wiadomo, dzięki czemu nam wszystko wskoczy na swoje miejsce. Może wystarczyć jakiś dialog w powieści, albo scena w filmie, inspirujące zdanie wyczytane na blogu (np. w komentarzach u Baronowej często się zdarza) i nagle słychać KLIK. I wszystko, co nas w to miejsce zaprowadziło, nabiera innego sensu.
Nie odrzucałabym niczego.
Niedawno osoba, która prowadzi na facebooku jedną ze stron mającą propagować czytanie, napisała coś, co mnie odrzuciło. Na komentarz, w którym ktoś prosił o podpowiedź, co czytać, odpowiedziała: (tu miał być cytat, ale nie mogę go odnaleźć, dlatego napiszę jak pamiętam) "ma pan rację, istotne jest przecież to co się czyta. Przecież oczywiste jest, że czytanie Kalicińskiej nie ma żadnej wartości".
Nie mogę się z tym zgodzić. W żadnym wypadku. Przyznaję, że zastanawiając się, co ludzie w tej lekturze widzą i na ile serial, którego jeden odcinek widziałam i uznałam za beznadziejny, oddaje charakter książki, próbowałam przeczytać "Dom nad rozlewiskiem". Dobrnęłam bodajże do dwudziestej strony i uznałam dalsze zmuszanie się do tej lektury za stratę mojego czasu. Ale to była strata czasu dla mnie. Komuś innemu ta książka może coś dać, z czymś się skojarzyć, coś przypomnieć.
Za stratę mojego czasu uznałam też, po kilku podejściach, parę książek nominowanych, czy nawet nagrodzonych Nike. Były więc stratą czasu dla mnie, dla innych zaś okazały się wartościowe.
Sądzę, że trzeba uważać z takimi stwierdzeniami, zwłaszcza jeśli ma się ambicje, by kształtować postawy innych.
Kiedy pracowałam w księgarni, przychodziły do mnie starsze panie z notesikami wypełnionymi dziesiątkami tytułów ulubionych autorek - głównie romansów. Zapisywały, by nie zdublować. Nie pokusiłabym się o stwierdzenie, że te lektury nic im nie dają.
Im więcej zobaczymy, przeżyjemy, przemyślimy, wyczytamy, tym szybciej (przynajmniej w teorii) powinno nas to zaprowadzić do celu.
Z tym że jak dotrzemy do celu, dopiero będziemy musieli zacząć zasuwać :)
"(...) musimy wybrać cele i zasady, zgodnie z którymi będziemy
żyć; w przeciwnym razie próżnia się wypełni, a my utracimy naszą samoświadomość i
będziemy żyć niczym pełzające zwierzęta, które żyją głównie po to, by przetrwać i
rozmnażać się. Ludzie, którzy egzystują na tym poziomie, nie żyją; „są przeżywani".
Reagują nieświadomi swojego wyjątkowego wyposażenia, które tkwi w nich nie rozwinięte
i nie wykorzystane.
Nie można go rozwinąć w trybie przyspieszonym. Tu rządzi prawo plonów; zawsze
będziemy zbierać to, co posiejemy – nic więcej, nic mniej.
(...)Szkolone na coraz wyższym poziomie sumienie będzie nas wieść po ścieżkach
osobistej wolności, bezpieczeństwa, mądrości i siły.
Przesuwanie się po wznoszącej się spirali wymaga od nas, byśmy się u c z y l i ,
z o b o w i ą z y w a l i i d z i a ł a l i na coraz wyższym poziomie. Jeśli uznajemy, że
osiągnęliśmy wystarczający poziom, sami siebie wprowadzamy w błąd. Żeby utrzymać się
w postępującym ruchu, musimy uczyć się, zobowiązywać, działać – uczyć się,
zobowiązywać i działać – i znowu uczyć się, zobowiązywać i działać."
("7 nawyków skutecznego działania" Covey)
("7 nawyków skutecznego działania" Covey)
Jednak lektury są ważne. Bardzo proszę o pomoc.
Chciałabym, by napisali Państwo, jakie książki coś w Was poruszyły, pomogły coś zobaczyć pod innym kątem, pomogły w rozwijaniu się. Nie musi to być psychologia czy filozofia. Może być cokolwiek - także coś, w czym poruszyło Was jedno zdanie. Mogą być również filmy.
Coś inspirującego.
Ja zacznę. Może poza PaniąX, ktoś jeszcze znajdzie w tym spisie coś interesującego.
Liczę, że dzięki Wam i temu, co napiszecie, ja też dowiem się czegoś nowego.
- "W poszukiwaniu sensu życia" Maria Szyszkowska,
- "W poszukiwaniu własnej drogi" Maria Szyszkowska w rozmowie z Gabrielem Michalikiem,
- " Męka twórcza. Z życia psychosomatycznego intelektualistów" Barbara N. Łopieńska,
- "Przepływ" Mihaly Csikszentmihalyi
- "7 nawyków skutecznego działania" Stephen Covey,
- "Kiedy ryby latają" John Yokoyama i Joseph Michelli,
- "Ostatni wykład" Randy Pausch, Jeff Zaslow
- Książki Kazimierza Obuchowskiego - załapałam się jeszcze na jego wykłady na uczelni.
Ale też mnóstwo dzienników i biografii. Na przykład Dzienniki Gombrowicza.
Karen Horney czytałam całkiem sporo - zwłaszcza "Neurotyczną osobowość naszych czasów" -ale takie miałam zainteresowania. Fromma trochę.
Martin Eden Londona i wiele wiele innych, których tak na szybko nie przywołam.
Pewnie mi się skojarzy, gdy Wy zaczniecie wymieniać swoje tytuły.
Pomożecie?
- Książki Kazimierza Obuchowskiego - załapałam się jeszcze na jego wykłady na uczelni.
Ale też mnóstwo dzienników i biografii. Na przykład Dzienniki Gombrowicza.
Karen Horney czytałam całkiem sporo - zwłaszcza "Neurotyczną osobowość naszych czasów" -ale takie miałam zainteresowania. Fromma trochę.
Martin Eden Londona i wiele wiele innych, których tak na szybko nie przywołam.
Pewnie mi się skojarzy, gdy Wy zaczniecie wymieniać swoje tytuły.
Pomożecie?
Etykiety:
książki
poniedziałek, 26 grudnia 2011
niedziela, 25 grudnia 2011
momenty przełomowe.o dzieciach głównie.dla zainteresowanych.
Drodzy Państwo stało się, choć sądziłam, że to nas ominie.
Wczoraj byłam z Tolą w małym osiedlowym sklepiku z różnymi drobiazgami. Kiedy wyszłyśmy, Mała coś mamrotała pod nosem.
Ona nie robi mi (tfu tfu, pewnie jak to napiszę przy pierwszej okazji zrobi) żadnych scen w sklepach, czasem chce jajko z niespodzianką najwyżej, albo pokołysać się w samochodzie za 2zł - przy czym jak kołysać się przestanie i powiem, że już się wyczerpało paliwo za które zapłaciłyśmy, córka wysiada i idzie ze mną dalej. Nawet jak poszliśmy, by sobie potwory wybrały coś na Dzień Dziecka - wybrała latarkę i kij baseballowy. Przynajmniej dotąd tak było, bo tfu tfu i j.w.
Dotąd też trwa nieprzerwana fascynacja ptakami. Rozróżnia część miejskich ptaszysk, a ja poluję na jeden album dla niej - jak nie znajdę taniej, zbiorę kasę i kupię w EMPiKu czy gdzieś, po prostu. Akurat ten bym chciała, bo ma duże fajne zdjęcia. Jest więc faza ptasia i na gwiezdne wojny. Kilka dni temu jednak coś się zmieniło, a od wczoraj nie mam już wątpliwości.
Od kilku dni Tola pozwala sobie czytać. Nie tylko informacje o ptakach -jak dotąd, ale te wszystkie śpiące królewny i resztę. (Dobrze że przywiozłam te moje bajki z dzieciństwa! Idealny czas.) Z zainteresowaniem ogląda też adaptacje bajek braci Grimm.
Wczoraj zaś mamrotała po wyjściu ze sklepu.
- córeczko, co mówisz
- tam była taka duża... niebieska...
- ale o co chodzi? coś byś chciała?
(spojrzenie wielkich oczu, pełna fascynacji i zawstydzenia mina)
- lalka
TADAM! Wzruszyłam się. Normalnie się wzruszyłam. Córka mi dorasta i wchodzi w naturalną fazę księżniczek, wróżek i lalek :)
Poleciałam dziś rano, choć czekała mnie jeszcze robota, żeby sprawdzić co to za niebieska lalka była, bo zabawek to nie widziałam tam wcale. No i z zamiarem kupienia dziecku przedmiotu pożądania, jeśli nie będzie drogi.
Zdecydowałam się spełnić to marzenie od razu, bo
a. mała naprawdę rzadko o coś prosi (poza kakao i żywą papugą/pingwinem/tukanem/kameleonem)
b. od powrotu z tego sklepu po kolei wszystkim w domu opowiadała o pięknej lalce, a gdy znalazła płytę z bajką o księżniczce, twierdziła, że ta ze sklepu była tak piękna właśnie.
Poszłam i kupiłam tę niebieską królewnę. Za szalone sześć(!) złotych.
Przyniosłam jej, gdy się obudziła i odtąd chodziła z chińską plastikową najpiękniejszą na świecie królewną i zafascynowana patrzyła na nią, powtarzając: "taka dziwna. taaaka dziwna" :D
Już się razem kąpały i królewna miała nawet myte włosy.
Poprzedniego wieczora zaś przyłapałam córkę tak:
Mówię Wam, zaczęło się :)))
Sądziłam, że to oznacza koniec fazy pingwiniej, ale babcia kupiła dziecku pod choinkę zabawkę"skaczące pingwiny".
Jeśli Wasze małe dziecko kocha pingwiny i ma osobny, dobrze uszczelniony pokój, polecam. Po kwadransie będzie Wam mózg puchł od tej muzyki i światełek, ale te małe pingwinki uroczo wskakują po schodach i zjeżdżają ze zjeżdżalni. Jeśli dziecko ma wyobraźnię, pingwiny mogą być atakowane prze wielkiego kurczaka, mogą chodzić do pracy itd. Kicz, hałas i wiele radości.
Jeśli Wasze małe dziecko kocha pingwiny i ma osobny, dobrze uszczelniony pokój, polecam. Po kwadransie będzie Wam mózg puchł od tej muzyki i światełek, ale te małe pingwinki uroczo wskakują po schodach i zjeżdżają ze zjeżdżalni. Jeśli dziecko ma wyobraźnię, pingwiny mogą być atakowane prze wielkiego kurczaka, mogą chodzić do pracy itd. Kicz, hałas i wiele radości.
Pit po kilkudziesięciu minutach znoszenia nieprzerwanego migotania i grania stwierdził, że ta muzyczka mu się przyśni. Oczywiście wykorzystałam to od razu i mam nadzieję, że doświadczy tego, nim przeczyta o tym na blogu. Nagrałam mu bowiem tę upiorną melodyjkę i ustawiłam jako dzwonek w jego komórce :D
Wiem, jestem straszna hehehe
Babcia dostarczyła też kolejnego pingwina. Siostra jakiś czas temu wysłała mi mmsa
z tekstem:"Poznaj Ryszarda. Ryszard jest Niemcem, ale oficjalna wersja dotycząca miejsca jego pochodzenia to: okolice Antarktydy"
No i teraz mamy sporą gromadę. Ten w czerwonej czapie jest księżniczką (biała suknia z cekinami), a ten w naszyjniku z bransoletki to babcia :)
Młody dostał "Baśniobór", który zamówiłam 22.12 późnym popołudniem, by 23.12 koło południa dostać informację, że książka jest już do odbioru. Pit, który ją odbierał w punkcie na Waryńskiego, stwierdził że obsługa była naprawdę bez zarzutu. Czyli nie dość, że szybciutko to jeszcze miło. Brawa dla Merlina.
Już mówiłam prowincjonalnej nauczycielce, że kupiłam tę książkę przez nią i jej recenzję, więc jakby co to będzie nas mieć na sumieniu. Brakuje mi w życiu magii i choć nigdy nie czytałam fantastyki, ani niczego w tym stylu poza klasycznymi baśniami (no bo Gra Endera to jednak inna kategoria. Specjalna. No dobra, czytałam też H.Pottera), to mam zamiar przeczytać.
Nastapił też kolejny przełom, bo uświadomiliśmy Tymka jak to jest z tymi prezentami pod choinką. Oczywiście już od jakiegoś czasu próbował nam "udowodnić", że to my podrzucamy prezenty, ale nie pytał wprost - dzieciaki lubią czary jednak. Tym razem było inaczej.
Nie wyglądał na zmartwionego tym faktem.
Chłopak nam dorasta.
Teraz Pit śpi, Tola właśnie postanowiła wstać, choć sądziłam że skoro zasnęła koło 21., będzie spać do rana. Tymek zajmuje się gwiezdnowojennymi sprawami, a ja zaraz się wezmę za którąś z sześciu sprezentowanych mi książek. Lalalala
Jak tam u Was?
Jak tam u Was?
sobota, 24 grudnia 2011
drżącą ręką
W tym uroczystym dniu miałam ochotę wymordować naszych sąsiadów.
Mają córkę w wieku naszego Młodego i dobija mnie, że to dziecko trzaska drzwiami tak że mi szklanki w kredensie dzwonią, tupie na klatce jak stado słoni i jeszcze drze tam japę. Sądzę, że jako najmłodsze dziecko w rodzinie jest po prostu cholernie rozpieszczona. Jeśli to nie to, to nie wiem. Staram się być kwiatem na tafli jeziora, wiedząc że nasza Mała potrafi się drzeć przez dwie godziny ciurkiem. Tyle że mała jest więcej niż połowę młodsza od córki sąsiadów, a ja się staram by nie była upierdliwa poza domem. Uczę dzieci by na klatce schodowej mówiły cichutko, bo głos się niesie na wszystkie piętra. Żeby nie tupały. Żeby w domu nie skakały, bo pod nami starsi ludzie mieszkają - zresztą jacy by nie mieszkali; ktoś nad nami chyba stepuje w holenderskich chodakach, albo porusza się jak kamienny olbrzym Łup-Łup i choć nie jestem stara, mam ochotę wrzeszczeć. Hałasuje się i skacze na placu zabaw i w innych miejscach do tego przeznaczonych.
(w domu można skakać np. po łóżku, bo amortyzuje dźwięki)
No więc wczoraj tamto dziewczę zadzwoniło domofonem po 20-stej budząc nam Młodą (a to naprawdę się prawie nie zdarza, by laska tak wcześnie zasnęła), przez co córka nam wyła godzinę a spać poszła o drugiej w nocy. Wzięła mnie kurwica naprawdę. Czy dzieciak nie może nauczyć się pod jakim numerem mieszka? To nie pierwszy raz. Jeśli ma problem z cyferkami, albo nie widzi bo za wysoko, niech jej klucz dadzą do cholery. Drzwi otwierają się lekko. gdzie te czasy z kluczami na szyi??
Pierogi skończyłam gotować przed trzecią w nocy i co? I dziś o ósmej, ta sama córka sąsiadów wyrwała mnie ze snu domofonem, a potem maszerowała przez klatkę i śpiewała.
Przysięgam, miałam ochotę wylecieć na klatkę i drzeć ryja. Musiałam się długo uspakajać że to tylko dziecko (gówno tam, ja się staram by moje "tylkodzieci " były jak najmniej upierdliwe dla otoczenia), że wigilia, że nie potrzeba mi kwasów sąsiedzkich. Ale kiedyś w końcu nie wytrzymam.
Minutę później Pit zapewnił mi rewelacyjny skok adrenaliny. Jeśli miałam wątpliwości czy się jeszcze prześpię, to już ich nie mam.
Postanowił się chłopak udusić przy śniadaniu. Wyglądało to bardzo poważnie - wiecie jak ciężko zrobić heimlicha dorosłemu facetowi?? Miałam już wizję śpiączki i świąt w szpitalu. Po wszystkim ręce mi się trzęsły i się poryczałam.
A potem przemówiłam w te słowa: "masz mi obiecać, że nic ci się nie stanie. na nic nie zachorujesz, nie będziesz miał żadnego wypadku i w ogóle byłbyś ostatnią świnią, gdyby coś ci się stało. Nie zgadzam się. Nie życzę sobie. Masz być zdrowy i cały, przynajmniej póki ja żyję"
Od razu życie nabrało właściwych proporcji. Co mi tam niewyspanie, czy inne pierdoły, skoro jesteśmy razem, w miarę cali, w miarę zdrowi.
Myślę o wielu ludziach, którzy nie mogą tak powiedzieć.
Myślę o żołnierzach którzy zginęli w Afganistanie, żegnanych dziś przez rodziny - myślę tym bardziej że jest tam moja koleżanka, która była w tym patrolu i widziała... i której jest teraz cholernie ciężko w te święta poza domem i poza krajem.
Życzę Wam właściwych proporcji.
Spokoju, radości, cenienia rzeczy małych.
(nie sądzę by na tym blogu była jakaś przerwa świąteczna - chyba że zasnę na stojąco o osiemnastej, po tej sąsiedzkiej pobudce)
Mają córkę w wieku naszego Młodego i dobija mnie, że to dziecko trzaska drzwiami tak że mi szklanki w kredensie dzwonią, tupie na klatce jak stado słoni i jeszcze drze tam japę. Sądzę, że jako najmłodsze dziecko w rodzinie jest po prostu cholernie rozpieszczona. Jeśli to nie to, to nie wiem. Staram się być kwiatem na tafli jeziora, wiedząc że nasza Mała potrafi się drzeć przez dwie godziny ciurkiem. Tyle że mała jest więcej niż połowę młodsza od córki sąsiadów, a ja się staram by nie była upierdliwa poza domem. Uczę dzieci by na klatce schodowej mówiły cichutko, bo głos się niesie na wszystkie piętra. Żeby nie tupały. Żeby w domu nie skakały, bo pod nami starsi ludzie mieszkają - zresztą jacy by nie mieszkali; ktoś nad nami chyba stepuje w holenderskich chodakach, albo porusza się jak kamienny olbrzym Łup-Łup i choć nie jestem stara, mam ochotę wrzeszczeć. Hałasuje się i skacze na placu zabaw i w innych miejscach do tego przeznaczonych.
(w domu można skakać np. po łóżku, bo amortyzuje dźwięki)
No więc wczoraj tamto dziewczę zadzwoniło domofonem po 20-stej budząc nam Młodą (a to naprawdę się prawie nie zdarza, by laska tak wcześnie zasnęła), przez co córka nam wyła godzinę a spać poszła o drugiej w nocy. Wzięła mnie kurwica naprawdę. Czy dzieciak nie może nauczyć się pod jakim numerem mieszka? To nie pierwszy raz. Jeśli ma problem z cyferkami, albo nie widzi bo za wysoko, niech jej klucz dadzą do cholery. Drzwi otwierają się lekko. gdzie te czasy z kluczami na szyi??
Pierogi skończyłam gotować przed trzecią w nocy i co? I dziś o ósmej, ta sama córka sąsiadów wyrwała mnie ze snu domofonem, a potem maszerowała przez klatkę i śpiewała.
Przysięgam, miałam ochotę wylecieć na klatkę i drzeć ryja. Musiałam się długo uspakajać że to tylko dziecko (gówno tam, ja się staram by moje "tylkodzieci " były jak najmniej upierdliwe dla otoczenia), że wigilia, że nie potrzeba mi kwasów sąsiedzkich. Ale kiedyś w końcu nie wytrzymam.
Minutę później Pit zapewnił mi rewelacyjny skok adrenaliny. Jeśli miałam wątpliwości czy się jeszcze prześpię, to już ich nie mam.
Postanowił się chłopak udusić przy śniadaniu. Wyglądało to bardzo poważnie - wiecie jak ciężko zrobić heimlicha dorosłemu facetowi?? Miałam już wizję śpiączki i świąt w szpitalu. Po wszystkim ręce mi się trzęsły i się poryczałam.
A potem przemówiłam w te słowa: "masz mi obiecać, że nic ci się nie stanie. na nic nie zachorujesz, nie będziesz miał żadnego wypadku i w ogóle byłbyś ostatnią świnią, gdyby coś ci się stało. Nie zgadzam się. Nie życzę sobie. Masz być zdrowy i cały, przynajmniej póki ja żyję"
Od razu życie nabrało właściwych proporcji. Co mi tam niewyspanie, czy inne pierdoły, skoro jesteśmy razem, w miarę cali, w miarę zdrowi.
Myślę o wielu ludziach, którzy nie mogą tak powiedzieć.
Myślę o żołnierzach którzy zginęli w Afganistanie, żegnanych dziś przez rodziny - myślę tym bardziej że jest tam moja koleżanka, która była w tym patrolu i widziała... i której jest teraz cholernie ciężko w te święta poza domem i poza krajem.
Życzę Wam właściwych proporcji.
Spokoju, radości, cenienia rzeczy małych.
(nie sądzę by na tym blogu była jakaś przerwa świąteczna - chyba że zasnę na stojąco o osiemnastej, po tej sąsiedzkiej pobudce)
piątek, 23 grudnia 2011
prowincja jako rzeczywistość a rojenia "młodych"
Internet pobudza mnie do myślenia. Często się wkurzam po prostu czytając opinie innych, a potem układam w głowie odpowiedzi - celne riposty zawsze przychodzą zbyt późno, ale można wokół nich zbudować blogową notatkę.
Tym razem zaczęło się na portalu, gdzie "bardzo lubią informować przyjaciół", w związku z tym artykułem.
W dużym skrócie: trzydziestoletni przedsiębiorca opisuje sytuację w swojej firmie. Opowiada dlaczego woli zatrudniać ludzi po 40-stce. Opisuje jak młodsi pracownicy traktują pracę i pracodawcę. We wprowadzeniu wspomina o tym, że zatrudnia 49 osób i płaci im 1900PLN brutto plus dodatki: "minimum 500 złotych plus bony na święta, plus wyprawka szkolna, plus jakieś okolicznościowe zapomogi jak ktoś potrzebuje".
To może mała dygresja. Jakieś dziesięć lat temu, leżałam na kanapie u kuzynki i wraz z jej starszą siostrą i Pitem oglądaliśmy jakiś program w tv. Możliwe, ze taniec z gwiazdami? Coś w tym rodzaju w każdym razie. Byłam wtedy w siódmym bodajże miesiącu ciąży, miałam co najmniej 20 kilogramów na plusie i wyglądałam jak "idź stąd". Kuzynka też od lat do szczupłych nie należała, w programie zaś występowały szczupłe, normalnie wyglądające kobiety, robiące coś fajnego (już nie pamiętam śpiewały, czy tańczyły). I co? Ano to, że leżące na kanapie wielorybica i orka coś słodkiego pożerały i komentowały nieusstannie to, co działo się na ekranie. Jak komentowały? Tak jak na przeciętnego Polaka przystało: zobacz jak ona się ubrała! ryj jej się błyszczy. o mamooo kto ją tam wpuścił? jest fatalna. i jeszcze te nogi!
Dlaczego mi się to skojarzyło? Bo od razu odezwały się głosy nie związane z tematem artykułu, nie odnoszące się do nieciekawych zachowań pracowników, za to potępiające tego przedsiębiorcę.
"To że ktoś zatrudnia ludzi za grosze, to nie jest powód do chwały. Powinien się zamknąć, a nie pomnik sobie stawiać." "Hahaha, widziałem to. Wielki mi bohater! Przy takiej pensji to człowiek w ogóle nie ma motywacji do pracy przecież".
A ja się zastanawiam czy ludziom już się całkiem w dupach poprzewracało. I czy zdają sobie sprawę, że istnieje jeszcze jakaś inna rzeczywistość.
Coraz częściej mam wrażenie, że większość młodego pokolenia (zwłaszcza ludzi od trzydziestki w dół) chciałaby się nie przepracowywać i dostawać za to z pięć tysięcy co najmniej.
Otóż, Moi Drodzy, w państwie, gdzie przedsiębiorca jest zwykle w dupę bity, w średnich i małych firmach mało kto w ogóle daje umowy zgodne ze stanem faktycznym. Ludzie mają na papierze najniższą krajową, albo pół etatu, co nie przeszkadza im pracować na cały i w nadgodzinach. Dostają grosze na konto, do emerytury ochłapy, a jakąś tam resztę do ręki. I to często tu, w Warszawie. Jak musi być w mniejszych miastach?
Naprawdę już sam fakt płacenia pełnych składek jest godny docenienia.
Możecie sobie zobaczyć tutaj (akapit o księgowej), jak często wygląda prowincjonalna rzeczywistość.
Ten film też jest dobry.
Brak motywacji do pracy przy takiej pensji. Ha!
Zapytajcie nauczyciela z państwowej placówki ile zarabia. Po wszystkich kursach, mianowaniach, użerając się z koszmarnymi gówniarzami i słuchając nieustających roszczeń rodziców. (czasem uzasadnionych, jasne.)
Zapewniam Was, że świadomość ogromnego bezrobocia w regionie, wiedza o kolejnych zamykanych zakładach pracy, rachunki do popłacenia i kilkoro dzieci w domu, są przeogromną motywacją.
Tu praca w markecie to ostateczność, tam - czasem marzenie.
Tu praca w markecie to ostateczność, tam - czasem marzenie.
Poza tym, Drodzy Młodzi, jeśli pieniądze są dla Was jedyną motywacją do pracy, będą z Was dupy, nie pracownicy. I w ostatecznym rozrachunku, choćbyście zarabiali kokosy - zawsze nie dość zadowoleni ludzie.
Ceny i pensje dyktuje rynek. Już widzę jak jeden z drugim otwierają firmy w miejscu, gdzie tysiąc na rękę to bardzo dobra pensja i postanawiają z dobrego serca płacić ludziom po trzy tysiące. I to zapewne na okresie próbnym. Wiecie ile tu w stolicy proponuje się w biurze na początek? Zapewniam, że mniej niż ten potępiany przez Was przedsiębiorca z prowincji.
W sytuacji idealnej państwo wspiera przedsiębiorczość i fachowców. W sytuacji idealnej dla pracodawcy jego firma to coś więcej niż fabryka złotówek. W sytuacji idealnej pracownik wykonuje swoją pracę nie tylko dla pensji. Tylko że ten kraj to nie kraina tęczowego jednorożca, póki co.
Tym, co tak chętnie krytykują, proponuję założyć taką firmę, zobaczyć jak to jest, a potem pyszczyć w internecie. Może wówczas będę mogła potraktować takie wypowiedzi poważnie.
Przysłowie mówi, że zanim ocenisz bliźniego, powinieneś przejść się w jego butach. Jeśli po kilku godzinach nadal nie będziesz się z nim zgadzał, przynajmniej będziesz już daleko. No i będziesz miał jego buty ;)
Futomaki w październiku tego roku napisał na blipie "Oglądam zachodni net: tyle kreatywnych osób robi tyle ciekawych rzeczy. Oglądam polski net: tyle kreatywnych osób kombinuje jak dojebać tym, którzy coś robią."
Zaś Covey odpowiada, czym się taki człowiek kieruje.
"Większość ludzi osadzona jest głęboko w czymś, co nazywam mentalnością niedoboru.
Postrzegają oni życie tak, jakby była w nim określona ilość dobra, jakby był tylko jeden
tort. Jeśli ktoś weźmie duży kawałek tego tortu, znaczy to, że pozostali dostaną mniejsze
porcje. Mentalność niedoboru to sumujący się do zera paradygmat.
Ludziom z mentalnością tego rodzaju niezwykle trudno przychodzi podzielić się
uznaniem, zasługami, siłą czy zyskiem z innymi – nawet z tymi, którzy na to pracowali.
Niełatwo im także szczerze cieszyć się z sukcesów innych, nawet (czasem – zwłaszcza) gdy
to członkowie rodziny lub bliscy znajomi czy przyjaciele. Gdy kogoś innego spotka
specjalne uznanie lub niespodziewane szczęście albo też osiągnie znaczący sukces, czują się
niemal tak, jakby im coś odebrano.
I chociaż zewnętrznie dają wyraz swojej radości, w środku zjada ich zgoła inne uczucie.
Ich poczucie wartości bierze się z porównań, zatem sukces kogoś innego jest do pewnego
stopnia ich porażką. Istnieje określona liczba „najlepszych studentów"; tylko jedna osoba
może uzyskać „pierwszą nagrodę". „Wygrać" to po prostu „pokonać".
Często ludzie z mentalnością niedoboru w skrytości ducha życzą innym nieszczęść – nie
wielkich nieszczęść, ale drobnych niepowodzeń, które będą ich trzymać „tam, gdzie ich
miejsce". Ciągle porównują, zawsze współzawodniczą. Całą energię wkładają w
pozyskiwanie rzeczy i ludzi po to, by zwiększyć swoje poczucie wartości. Chcą, by inni byli
tacy, jak oni tego sobie życzą. Często zależy im na tym, by ich naśladowano, i otaczają się
„potakiwaczami", słabszymi od siebie ludźmi, którzy nie stanowią dla nich wyzwania."
Więc wiecie, Drodzy Państwo, stosujmy mentalność dostatku, a jak nie działa - kradnijmy buty ;)
Etykiety:
nie stać mnie
czwartek, 22 grudnia 2011
Nie chcecie konwersować?
Bronisława jest zniesmaczona.
A ja idę do wanny i spać. Do widzenia.
A wyglądam mniej więcej tak jak ten koło bałwanka.
zamiast fruwania nad barszczem, choć jeszcze nie świątecznie
Omija mnie w tym roku świąteczny nastrój i przedświąteczne szaleństwo, za to przedsylwestrowy nastrój na podsumowania mnie dopadł.
Myślę jakim jestem człowiekiem (złotego medalu nie zgarniam w tej kategorii), jaką matką (tu też raczej poza podium). Opatulam się watą szklaną, izoluję, płaczę.
Jak zwykle na koniec roku (w okolicach urodzin mam drugi taki czas).
Facet, z którym dawno temu byłam, wstawił swoje zdjęcie dokumentujące efekty ciężkiej całorocznej pracy, podpisane: "34 - never felt better ;)"
Podoba mi się to. I sobie też tego życzę. Żeby za rok napisać podobnie.
Wam też się przyda? To Wam też :)
Myślę jakim jestem człowiekiem (złotego medalu nie zgarniam w tej kategorii), jaką matką (tu też raczej poza podium). Opatulam się watą szklaną, izoluję, płaczę.
Jak zwykle na koniec roku (w okolicach urodzin mam drugi taki czas).
Facet, z którym dawno temu byłam, wstawił swoje zdjęcie dokumentujące efekty ciężkiej całorocznej pracy, podpisane: "34 - never felt better ;)"
Podoba mi się to. I sobie też tego życzę. Żeby za rok napisać podobnie.
Wam też się przyda? To Wam też :)
piszu piszu
Nie lubię tego stanu, gdy ogarnia mnie zwątpienie.
Muszę to zwalczyć, nim mnie przygniecie całkiem.
Obejrzałabym Tillsammans. Kiedyś sobie kupię. Miałam od Perdo, ale na vhs. Video padło, telewizora nie mam, miłość do filmu została.
Na zwątpienie oglądałam też zwykle namiętnie Erin Brockovich - bo doskonale znałam takie życie. To przed i chciałam wierzyć, że potem będzie choć trochę jak tam po. I czytałam fragmenty Martina Edena - te jak się zaharowywał i jak potem wszystko ruszyło. Końcówkę sobie odpuszczałam, żeby się w trudniej chwili nie pochlastać;)
Ja wdrożę jakieś kroki ratunkowe, a dla Was zwierzaki:
Muszę to zwalczyć, nim mnie przygniecie całkiem.
Obejrzałabym Tillsammans. Kiedyś sobie kupię. Miałam od Perdo, ale na vhs. Video padło, telewizora nie mam, miłość do filmu została.
Na zwątpienie oglądałam też zwykle namiętnie Erin Brockovich - bo doskonale znałam takie życie. To przed i chciałam wierzyć, że potem będzie choć trochę jak tam po. I czytałam fragmenty Martina Edena - te jak się zaharowywał i jak potem wszystko ruszyło. Końcówkę sobie odpuszczałam, żeby się w trudniej chwili nie pochlastać;)
Ja wdrożę jakieś kroki ratunkowe, a dla Was zwierzaki:
środa, 21 grudnia 2011
książki z dzieciństwa
Jakiś czas temu przypomniałam sobie dwie książki, które uwielbiałam w dzieciństwie.
Jedną ze względu na ilustracje (podejrzewam, że stąd moja miłość do malarstwa Bruegela, bo bardzo podobne jednak), drugą na historię.
I odnalazłam!
W Złotej gęsi są niesamowite ilustracje. Sachera.
Chatka w lesie to historia o tym, jak matka wysyłała po kolei córki do ojca drwala, by zaniosły mu obiad do lasu.
Wszystkie zagubione trafiały do domku w lesie, gdzie mieszkał staruszek i jego zwierzęta. Dwie pierwsze siostry najadły się i poszły spać, nie myśląc ani o starcu ani zwierzętach. Potem, w nocy, słuch po nich ginął. Najmłodsza najpierw nakarmiła zwierzaki i podała kolację dziadkowi. Rano okazało się, że swoim altruizmem odczarowała zaklętego w starca królewicza. Od tamtej pory nie umiem zjeść sama, nim nie nakarmię rodziny i zwierząt :)
Niestety nie znam niemieckiego, ale wychodzi na to, że tego wydawnictwa może już nie być. Wielka szkoda.
Przywiozłam też dwie inne. Jedną ze względu na zapamiętaną treść. A drugą na ilustracje, mojego ukochanego Eidrigeviciusa.
W domu jest jeszcze kilka książek wydanych przez KAW, baśni z pięknej serii ilustrowanej przez Eidrigeviciusa. Też pożądam :)
Będę czytać i pokazywać dzieciom. Budzić wrażliwość. Cudne te książki.
Tak inne od wszechobecnej szmiry wokół. (tak wiem, są wyjątki - na przykład ten nowy Pinokio)
A Wy? Co pamiętacie z dziecięcych lektur? Czasem jest tak, że pamięta się jedną ilustrację tylko i męczy, bo bardzo chciałoby się odnaleźć.
Jedną ze względu na ilustracje (podejrzewam, że stąd moja miłość do malarstwa Bruegela, bo bardzo podobne jednak), drugą na historię.
I odnalazłam!
W Złotej gęsi są niesamowite ilustracje. Sachera.
Chatka w lesie to historia o tym, jak matka wysyłała po kolei córki do ojca drwala, by zaniosły mu obiad do lasu.
Wszystkie zagubione trafiały do domku w lesie, gdzie mieszkał staruszek i jego zwierzęta. Dwie pierwsze siostry najadły się i poszły spać, nie myśląc ani o starcu ani zwierzętach. Potem, w nocy, słuch po nich ginął. Najmłodsza najpierw nakarmiła zwierzaki i podała kolację dziadkowi. Rano okazało się, że swoim altruizmem odczarowała zaklętego w starca królewicza. Od tamtej pory nie umiem zjeść sama, nim nie nakarmię rodziny i zwierząt :)
Obie wydane przez to samo wydawnictwo.
Niestety nie znam niemieckiego, ale wychodzi na to, że tego wydawnictwa może już nie być. Wielka szkoda.
Przywiozłam też dwie inne. Jedną ze względu na zapamiętaną treść. A drugą na ilustracje, mojego ukochanego Eidrigeviciusa.
W domu jest jeszcze kilka książek wydanych przez KAW, baśni z pięknej serii ilustrowanej przez Eidrigeviciusa. Też pożądam :)
Będę czytać i pokazywać dzieciom. Budzić wrażliwość. Cudne te książki.
Tak inne od wszechobecnej szmiry wokół. (tak wiem, są wyjątki - na przykład ten nowy Pinokio)
A Wy? Co pamiętacie z dziecięcych lektur? Czasem jest tak, że pamięta się jedną ilustrację tylko i męczy, bo bardzo chciałoby się odnaleźć.
Etykiety:
książki
wtorek, 20 grudnia 2011
rodzina ach rodzina
W silnej wielopokoleniowej rodzinie tkwi transcendentna moc. Efektywnie współzależna
rodzina składająca się z dzieci, rodziców, dziadków, ciotek, wujów i kuzynów może stać się
potężną siłą pomagającą ludziom odczuć, kim są, skąd się wywodzą i co jest dla nich
ważne.
To bardzo ważne dla dzieci, gdy mogą identyfikować się ze „szczepem", czuć, że wielu
ludzi zna je i troszczy się o nie, mimo iż są rozrzuceni po całym kraju. Może to mieć
również wspaniały wpływ na wychowanie. Jeśli masz okresowo trudności ze znalezieniem
płaszczyzny porozumienia z jednym ze swoich dzieci, może łatwiej porozumie się z nim
twój brat lub siostra, którzy mogą zastąpić chwilowo rodzica, wzór do naśladowania czy
doradcę.
Dziadkowie, którzy interesują się swoimi wnukami, to najbardziej cenni ludzie na ziemi.
Jakim wspaniałym pozytywnym zwierciadłem społecznym mogą się stać dla dzieci! Moja
matka jest taka. Nawet teraz, zbliżając się do dziewięćdziesiątki, przejawia głębokie
zainteresowanie życiem każdego ze swoich potomków. Pisze do nas pełne miłości listy.
Któregoś dnia czytałem w samolocie jeden z nich i łzy spływały mi po policzkach. Wiem,
że mogę zadzwonić do niej dziś w środku nocy, i usłyszę: „Stephen, chcę, byś wiedział, że
bardzo cię kocham i uważam cię za wspaniałego człowieka". Nieustannie utwierdza nas w
dobrym mniemaniu o sobie.
Silna wielopokoleniowa rodzina jest potencjalnie najbardziej owocnym, nagradzającym i
dającym zadowolenie związkiem.
Stephen Covey
Fajnie by tak było, nie? Kto ma taką rodzinę, ręka do góry.
Pyrzyce tu dziś goszczą. Tak przynajmniej mówią statystyki. Pozdrawiam :)
***
PO RAZ KOLEJNY Ktoś wie co to za forum? http://www.mnk-pink.pl/ Sporo wejść z niego.
Ten, co tam linkował, powie coś? :)
rodzina składająca się z dzieci, rodziców, dziadków, ciotek, wujów i kuzynów może stać się
potężną siłą pomagającą ludziom odczuć, kim są, skąd się wywodzą i co jest dla nich
ważne.
To bardzo ważne dla dzieci, gdy mogą identyfikować się ze „szczepem", czuć, że wielu
ludzi zna je i troszczy się o nie, mimo iż są rozrzuceni po całym kraju. Może to mieć
również wspaniały wpływ na wychowanie. Jeśli masz okresowo trudności ze znalezieniem
płaszczyzny porozumienia z jednym ze swoich dzieci, może łatwiej porozumie się z nim
twój brat lub siostra, którzy mogą zastąpić chwilowo rodzica, wzór do naśladowania czy
doradcę.
Dziadkowie, którzy interesują się swoimi wnukami, to najbardziej cenni ludzie na ziemi.
Jakim wspaniałym pozytywnym zwierciadłem społecznym mogą się stać dla dzieci! Moja
matka jest taka. Nawet teraz, zbliżając się do dziewięćdziesiątki, przejawia głębokie
zainteresowanie życiem każdego ze swoich potomków. Pisze do nas pełne miłości listy.
Któregoś dnia czytałem w samolocie jeden z nich i łzy spływały mi po policzkach. Wiem,
że mogę zadzwonić do niej dziś w środku nocy, i usłyszę: „Stephen, chcę, byś wiedział, że
bardzo cię kocham i uważam cię za wspaniałego człowieka". Nieustannie utwierdza nas w
dobrym mniemaniu o sobie.
Silna wielopokoleniowa rodzina jest potencjalnie najbardziej owocnym, nagradzającym i
dającym zadowolenie związkiem.
Stephen Covey
Fajnie by tak było, nie? Kto ma taką rodzinę, ręka do góry.
Pyrzyce tu dziś goszczą. Tak przynajmniej mówią statystyki. Pozdrawiam :)
***
PO RAZ KOLEJNY Ktoś wie co to za forum? http://www.mnk-pink.pl/ Sporo wejść z niego.
Ten, co tam linkował, powie coś? :)
dzień dobry.
Dobrze że nie wracałam dziś, bo tyłek by mi z mrozu odpadł chyba. Czyżby zima się zaczynała? Podobno szans na śnieg nie ma, ale zobaczymy.
Na dzień dobry - fotki z telefonu. Z dedykacją dla Zielonej :)
To są zdjęcia z wczoraj. Nie do uwierzenia, jak się patrzy na kalendarz.
Bardzo bardzo tęsknię za wodą.
I mam wrażenie, że jak tylko wyjadę do małego miasta choćby na dobę, gdy wracam spotyka mnie szok zawsze. Wracam pełna ładnych widoków, myśląca o wścibskich ale życzliwych (przynajmniej pozornie) ludziach, wysiadam na dworcu w dużym mieście i od razu dostaję z piąchy w twarz. Od razu jakiś awanturujący się pijak, wredny kierowca, co drzwi nie otworzy, choć wcisnęłaś guzik, tylko spierdzieli prawie w podskokach, jakiś burak w autobusie. Przy wstrętnej rozpychającej się babie, przypominam sobie, że znów zapomniałam ubrać miejskiej zbroi mentalnej. Póki nie przybiorę śmiałego, bezczelnego wręcz wyrazu twarzy i nie znieczulę się na tłum, będzie uwierać. Wkładam więc zbroję i jest ok. Tylko wrażliwość gdzieś ucieka.
Na dzień dobry - fotki z telefonu. Z dedykacją dla Zielonej :)
To są zdjęcia z wczoraj. Nie do uwierzenia, jak się patrzy na kalendarz.
Bardzo bardzo tęsknię za wodą.
I mam wrażenie, że jak tylko wyjadę do małego miasta choćby na dobę, gdy wracam spotyka mnie szok zawsze. Wracam pełna ładnych widoków, myśląca o wścibskich ale życzliwych (przynajmniej pozornie) ludziach, wysiadam na dworcu w dużym mieście i od razu dostaję z piąchy w twarz. Od razu jakiś awanturujący się pijak, wredny kierowca, co drzwi nie otworzy, choć wcisnęłaś guzik, tylko spierdzieli prawie w podskokach, jakiś burak w autobusie. Przy wstrętnej rozpychającej się babie, przypominam sobie, że znów zapomniałam ubrać miejskiej zbroi mentalnej. Póki nie przybiorę śmiałego, bezczelnego wręcz wyrazu twarzy i nie znieczulę się na tłum, będzie uwierać. Wkładam więc zbroję i jest ok. Tylko wrażliwość gdzieś ucieka.
poniedziałek, 19 grudnia 2011
sobota, 17 grudnia 2011
byłam ci ja
Byłam ci ja dziś w EMPiKu i współczuję wszystkim, którzy tam pracują. Kolejka wiła się przez cały sklep, mimo otwartych trzech kas. (Ale jest tyle cudownych książek!)
Wyszłam z łupem, którego szukałam. Mam w domu część o rodzeństwie tych autorek i jest super, ale teraz o wiele bardziej przyda mi się ta nowa. Jak przeczytam napiszę o obu tytułach.
Niestety zlikwidowali dział astrofizyki i nadal nie mam prezentu dla Svemira!
Opracowałam plan podróży, jak się uda, to nie będzie mnie tylko chwilę.
Zrobiłam też zdjęcia do dowodu. Nie są piękne, bo trudno o naturalny uśmiech w takiej pozycji, ale nie są przynajmniej tak okropne jak poprzednie.
Po wczorajszych popisach Młodej, obudziłam się w środku nocy z bólem w klatce piersiowej, przekonana ze schodzę na zawał. Mówiłam, że mnie te dzieci wykończą!
:D
Nadal nie ubrałam choinki, nie czuję magii tych świąt i chyba skończy się na kupnych uszkach i barszczu z kartonu, bo wolę ten czas spędzić na graniu z dzieciakami w farmera i czytaniu książek, niż przy garach.
Opowiadałam Pitowi jakie kiedyś były wigilie w naszej rodzinie, że czasem koło trzydziestu osób przy stole, mnóstwo dzieciaków. I uświadomiłam sobie, że tak już nie będzie. Więzi się rozluźniły, dzieci są już dorosłe.
Kiedyś opłacało się telepać pociągiem kilka godzin, teraz choć tylko my nie mamy samochodu, jednak już nikt się nie telepie.
Gdyby nam się udało pojechać do babci na wigilię, nasze dzieci byłyby jedynymi małoletnimi przy stole. Strasznie to smutne. Jakby rodzina wymierała. Na pewno pousychały niektóre relacje.
Mi się jeszcze marzy duży stół i masa ludzi. Ale bez nerwów, zarywania nocy przy garach, przyjemnie. Tak żeby ważniejsze było wspólne spędzenie czasu niż to, co na stole.
Mam wielką nadzieję, że za jakiś czas moje dzieci doświadczą takich świąt. (tak, obchodzimy święta dla tradycji, folkloru, czaru. nie uważam by to było niestosowne, jeśli się nie wierzy. bardziej niestosowne jest, kiedy się udaje, że jest inaczej.)
Mam poczucie, że potrzebowałam tych kilkunastu lat z dala od całej rodziny, by zbudować siebie na nowo. Kiedy dziecko chce być dorosłe, musi przeciąć pępowinę całkiem. Jeśli relacje nie pozwalały mu żyć własnym życiem, może potrzebować wielu miesięcy na odbudowanie siebie.
Wiem, że teraz potrafię uznać że ktoś ma jakieś zdanie na mój temat, potrafię też uznać swoje prawo do "mienia tego zdania w dupie" :) Oczywiście są takie relacje, które nadal bolą, ale w głowie już wiem, że powinnam to olać.
Wiem też, że czasem komuś może się nie podobać, że wyszłam ze schematu w jakim żyłam/jaki mi przydzielono(?). Pracuję ze sobą codziennie i choć jest mi przykro, że z niektórych ust nie usłyszę pewnie nigdy dobrego słowa, uznałam to za fakt. Tak jest. Koniec ze złudzeniami w tym temacie.
Najdziwniejsze jest dla mnie, że udało mi się naprawdę coś ze sobą zrobić. I coraz bardziej wierzę we własną sprawczą moc. I nikomu nie pozwolę sobie tego odebrać :)
I będę mieć jeszcze takie głośne ciepłe święta. A jak mnie będzie stać przed 35 rokiem życia to zrobię sobie trzecie dziecko. Tak samo "koszmarne" jak poprzednie :D I koniec.
Wyszłam z łupem, którego szukałam. Mam w domu część o rodzeństwie tych autorek i jest super, ale teraz o wiele bardziej przyda mi się ta nowa. Jak przeczytam napiszę o obu tytułach.
Niestety zlikwidowali dział astrofizyki i nadal nie mam prezentu dla Svemira!
Opracowałam plan podróży, jak się uda, to nie będzie mnie tylko chwilę.
Zrobiłam też zdjęcia do dowodu. Nie są piękne, bo trudno o naturalny uśmiech w takiej pozycji, ale nie są przynajmniej tak okropne jak poprzednie.
Po wczorajszych popisach Młodej, obudziłam się w środku nocy z bólem w klatce piersiowej, przekonana ze schodzę na zawał. Mówiłam, że mnie te dzieci wykończą!
:D
Nadal nie ubrałam choinki, nie czuję magii tych świąt i chyba skończy się na kupnych uszkach i barszczu z kartonu, bo wolę ten czas spędzić na graniu z dzieciakami w farmera i czytaniu książek, niż przy garach.
Opowiadałam Pitowi jakie kiedyś były wigilie w naszej rodzinie, że czasem koło trzydziestu osób przy stole, mnóstwo dzieciaków. I uświadomiłam sobie, że tak już nie będzie. Więzi się rozluźniły, dzieci są już dorosłe.
Kiedyś opłacało się telepać pociągiem kilka godzin, teraz choć tylko my nie mamy samochodu, jednak już nikt się nie telepie.
Gdyby nam się udało pojechać do babci na wigilię, nasze dzieci byłyby jedynymi małoletnimi przy stole. Strasznie to smutne. Jakby rodzina wymierała. Na pewno pousychały niektóre relacje.
Mi się jeszcze marzy duży stół i masa ludzi. Ale bez nerwów, zarywania nocy przy garach, przyjemnie. Tak żeby ważniejsze było wspólne spędzenie czasu niż to, co na stole.
Mam wielką nadzieję, że za jakiś czas moje dzieci doświadczą takich świąt. (tak, obchodzimy święta dla tradycji, folkloru, czaru. nie uważam by to było niestosowne, jeśli się nie wierzy. bardziej niestosowne jest, kiedy się udaje, że jest inaczej.)
Mam poczucie, że potrzebowałam tych kilkunastu lat z dala od całej rodziny, by zbudować siebie na nowo. Kiedy dziecko chce być dorosłe, musi przeciąć pępowinę całkiem. Jeśli relacje nie pozwalały mu żyć własnym życiem, może potrzebować wielu miesięcy na odbudowanie siebie.
Wiem, że teraz potrafię uznać że ktoś ma jakieś zdanie na mój temat, potrafię też uznać swoje prawo do "mienia tego zdania w dupie" :) Oczywiście są takie relacje, które nadal bolą, ale w głowie już wiem, że powinnam to olać.
Wiem też, że czasem komuś może się nie podobać, że wyszłam ze schematu w jakim żyłam/jaki mi przydzielono(?). Pracuję ze sobą codziennie i choć jest mi przykro, że z niektórych ust nie usłyszę pewnie nigdy dobrego słowa, uznałam to za fakt. Tak jest. Koniec ze złudzeniami w tym temacie.
Najdziwniejsze jest dla mnie, że udało mi się naprawdę coś ze sobą zrobić. I coraz bardziej wierzę we własną sprawczą moc. I nikomu nie pozwolę sobie tego odebrać :)
I będę mieć jeszcze takie głośne ciepłe święta. A jak mnie będzie stać przed 35 rokiem życia to zrobię sobie trzecie dziecko. Tak samo "koszmarne" jak poprzednie :D I koniec.
piątek, 16 grudnia 2011
dąb dupa dębowa
Wszystko wokół się w miarę stabilizuje. Widoki na przyszłość nie są czarne.
Mam też plan, którym się kieruję i wizję przyszłości, do której chcę dążyć.
Mam super dzieci (pyskate, trudne do opanowania i dobijające mnie swoim zachowaniem, ale jednak super przecież), mam fajnego faceta, który od jakiegoś czasu jest moim mężem. Możemy godzinami rozmawiać i dajemy sobie wsparcie. Mamy przyjaciela i sama świadomość że jest (choćby siedział w robocie akurat, albo na krańcu Polski) jest fajna.
Mam mnóstwo znajomych, z którymi nie mam się jakoś ochoty spotykać ostatnio, ale gdyby coś, to przecież mam.
Czy ktoś mi wobec tego może odpowiedzieć na pytanie, dlaczego czuję się nagle jakaś opuszczona? Dlaczego jest mi smutno? Czy to kwestia zbliżających się świąt i braku rodziny bliżej? Braku tych wszystkich ciotek, wujków i kuzynek? A może ten stan dałby się choć trochę złagodzić bliską duszą na wyciągnięcie ręki? Taką, co by inspirowała, pobudzała intelektualnie i miała podobne zapatrywania na świat, jak ja?
Jeśli tak, to mam przesrane, bo od lat nie trafiłam :)
Na studiach jeszcze łatwo się było spotykać, przyjaźnić. Zresztą, boję się podjąć ryzyka poznawania bliskiego nowej osoby - może się okazać to wszystko zawodem i stratą czasu. Tak, wiem, kto nie próbuje ten nie ma.
A może to kwestia uziemienia? Tego, że póki co buduję fundamenty, na których dopiero za jakiś czas będę mogła zrealizować plany. Końca nie widać, robota ciężka i poszedłby człowiek na łatwiznę czasem, ale nie pójdzie bo mu się potem drzwi będą krzywo trzymać.
Zaspokojone potrzeby nie motywują. (Covey)
Hmm
Niezaspokojone za to uwierają w dupę.
Może umiem się spiąć tylko, jak jest pożar?
Zabawa w brak komentarzy może się skończyć zabawą w brak notek. Zwłaszcza, że przez chwilę nie będzie mi po drodze. Tak, to szantaż chamski :D Bo źle mi dziś i czuję się jak stary kapeć.
Oczywiście wiem, że dam radę. To już nie doły z serii o matko, trzeba będzie położyć się i umrzeć, bo nikt mnie nie kochaaaa.
Tylko dzień jakiś parszywy.
Mam wrażenie, ze jestem jak ta królewna, co za siedmioma górami, za siedmioma morzami, za siedmioma lasami, wyszła przed dom i zawołała: "o kurwa, jak ja daleko mieszkam!".
o tak!!!
Mam też plan, którym się kieruję i wizję przyszłości, do której chcę dążyć.
Mam super dzieci (pyskate, trudne do opanowania i dobijające mnie swoim zachowaniem, ale jednak super przecież), mam fajnego faceta, który od jakiegoś czasu jest moim mężem. Możemy godzinami rozmawiać i dajemy sobie wsparcie. Mamy przyjaciela i sama świadomość że jest (choćby siedział w robocie akurat, albo na krańcu Polski) jest fajna.
Mam mnóstwo znajomych, z którymi nie mam się jakoś ochoty spotykać ostatnio, ale gdyby coś, to przecież mam.
Czy ktoś mi wobec tego może odpowiedzieć na pytanie, dlaczego czuję się nagle jakaś opuszczona? Dlaczego jest mi smutno? Czy to kwestia zbliżających się świąt i braku rodziny bliżej? Braku tych wszystkich ciotek, wujków i kuzynek? A może ten stan dałby się choć trochę złagodzić bliską duszą na wyciągnięcie ręki? Taką, co by inspirowała, pobudzała intelektualnie i miała podobne zapatrywania na świat, jak ja?
Jeśli tak, to mam przesrane, bo od lat nie trafiłam :)
Na studiach jeszcze łatwo się było spotykać, przyjaźnić. Zresztą, boję się podjąć ryzyka poznawania bliskiego nowej osoby - może się okazać to wszystko zawodem i stratą czasu. Tak, wiem, kto nie próbuje ten nie ma.
A może to kwestia uziemienia? Tego, że póki co buduję fundamenty, na których dopiero za jakiś czas będę mogła zrealizować plany. Końca nie widać, robota ciężka i poszedłby człowiek na łatwiznę czasem, ale nie pójdzie bo mu się potem drzwi będą krzywo trzymać.
Zaspokojone potrzeby nie motywują. (Covey)
Hmm
Niezaspokojone za to uwierają w dupę.
Może umiem się spiąć tylko, jak jest pożar?
Zabawa w brak komentarzy może się skończyć zabawą w brak notek. Zwłaszcza, że przez chwilę nie będzie mi po drodze. Tak, to szantaż chamski :D Bo źle mi dziś i czuję się jak stary kapeć.
Oczywiście wiem, że dam radę. To już nie doły z serii o matko, trzeba będzie położyć się i umrzeć, bo nikt mnie nie kochaaaa.
Tylko dzień jakiś parszywy.
Mam wrażenie, ze jestem jak ta królewna, co za siedmioma górami, za siedmioma morzami, za siedmioma lasami, wyszła przed dom i zawołała: "o kurwa, jak ja daleko mieszkam!".
o tak!!!
kawałeczki
Czy Państwo widzą, że znów świeci słońce?
Miałam wstać o szóstej rano i zająć się bogatymi planami, co okazało się niejakim problemem, jako że zasnęłam po trzeciej, hehe
Mówiłam już, że odchudzam psy? Kupuję im teraz karmę dla starych grubych psów, ale nie mówcie im. Zawsze je przekonuję, że to jedzenie dla idealnych psich piękności.
W głowie od dobrego tygodnia buduję notatkę na temat ludzkiej (polskiej?) mentalności. Szkoda, że z głowy nie można bezpośrednio na kompa przelać, bo mam już tyle dygresji, że na pewno nie uda mi się jej oddać właściwie i poubierać w słowa.
Śniła mi się dziś koleżanka z liceum i jej mama. Strasznie to był zakręcony sen.
Chcę kupić dla nas i dzieci jakieś książki, które będzie można głośno czytać wszystkim wieczorami. Planujemy z Pitem czytanie na głosy :) Ale musi być to coś, co nas wszystkich zainteresuje. Najlepiej baśniowego i grubego.
Myślałam o tej serii, ale może podpowiecie coś jeszcze? Zapiszę sobie i będę po kawałku szukać i kupować.
Czujecie, że to zima i święta już blisko? Ja jakoś nie. Szkoda, bo zawsze lubiłam ten czas.
i tego się będę trzymać. i nie dam się ściągnąć w dół.
Twórcze przedsięwzięcia są poniekąd nieprzewidywalne. Często wydają się dwuznaczne, przypadkowe, dokonywane na zasadzie prób i błędów. I dopóki ludzie nie mają wystarczająco wysokiego poziomu tolerancji dla niewiadomej, a życie zgodne z zasadami naturalnymi i wewnętrznymi wartościami nie daje im poczucia bezpieczeństwa, dopóty angażowanie się w wysoce twórcze przedsięwzięcia będzie dla nich nieprzyjemne i odbierające odwagę. Mają zbyt dużą potrzebę określonej struktury, pewności i przewidywalności.
"7 nawyków skutecznego działania" Stephen R. Covey
Etykiety:
nie stać mnie
czwartek, 15 grudnia 2011
fragmenty z lektury
Wyobraź sobie, że wzrok ci się pogorszył i postanowiłeś się udać do okulisty. Ten
wysłuchał twoich skarg, a następnie zdjął swoje okulary i wręczył ci je ze słowami:
– Proszę włożyć te okulary. Noszę je dziesięć lat i naprawdę mi pomagają. W domu mam
drugą parę, może pan je nosić.
Włożyłeś je zatem, ale zamiast lepiej, widziałeś jeszcze gorzej.
– To straszne! – zawołałeś. – Teraz nic już nie widzę!
– Dlaczego? – spytał lekarz. – Mnie pomagają. Niech pan spróbuje raz jeszcze i postara
się dobrze widzieć.
– Staram się przecież – zapewniłeś. – Wszystko jest zamazane.
– Coś z panem niedobrze. Proszę myśleć pozytywnie.
– Myślę, ale z całą pewnością mi to nie pomaga.
– Ależ, pan jest niewdzięczny! – oburzył się okulista. – I to po tym wszystkim, co dla
pana zrobiłem.
Kiedy (nastolatek -dopisek mój) rozmawia z kolegą przez telefon, nie można go oderwać, a tobie odpowiada tylko półsłówkami. Dom jest dla niego hotelem, gdzie je i śpi, ale gdzie nigdy się nie dzieli swoimi przeżyciami, nigdy się nie otwiera.
Ale pomyśl uczciwie: dlaczego miałoby być inaczej, skoro za każdym razem, kiedy odsłoni swoje słabe miejsca, ty, słoniu, wkraczasz ze swoimi autobiograficznymi poradami i swoim: „a nie mówiłem".
Jedno i drugie pochodzi z "7 nawyków skutecznego działania" Stephen R. Covey
wysłuchał twoich skarg, a następnie zdjął swoje okulary i wręczył ci je ze słowami:
– Proszę włożyć te okulary. Noszę je dziesięć lat i naprawdę mi pomagają. W domu mam
drugą parę, może pan je nosić.
Włożyłeś je zatem, ale zamiast lepiej, widziałeś jeszcze gorzej.
– To straszne! – zawołałeś. – Teraz nic już nie widzę!
– Dlaczego? – spytał lekarz. – Mnie pomagają. Niech pan spróbuje raz jeszcze i postara
się dobrze widzieć.
– Staram się przecież – zapewniłeś. – Wszystko jest zamazane.
– Coś z panem niedobrze. Proszę myśleć pozytywnie.
– Myślę, ale z całą pewnością mi to nie pomaga.
– Ależ, pan jest niewdzięczny! – oburzył się okulista. – I to po tym wszystkim, co dla
pana zrobiłem.
Kiedy (nastolatek -dopisek mój) rozmawia z kolegą przez telefon, nie można go oderwać, a tobie odpowiada tylko półsłówkami. Dom jest dla niego hotelem, gdzie je i śpi, ale gdzie nigdy się nie dzieli swoimi przeżyciami, nigdy się nie otwiera.
Ale pomyśl uczciwie: dlaczego miałoby być inaczej, skoro za każdym razem, kiedy odsłoni swoje słabe miejsca, ty, słoniu, wkraczasz ze swoimi autobiograficznymi poradami i swoim: „a nie mówiłem".
Jedno i drugie pochodzi z "7 nawyków skutecznego działania" Stephen R. Covey
Etykiety:
nie stać mnie
dzień dobry, co słychać?
Zauważam, że coraz gorzej znoszę połączenie konieczności siedzenia w domu(naprzemienne zarazy atakujące nas wszystkich. i to wszystko wirusowe gówienka, ale upierdliwe), paskudnej pogody i nieprzyjemnych zachowań Małej.
Dziś o poranku przywitała mnie godzinną histerią, bo śmiałam w nocy zabrać z łóżka budowle z klocków lego, z którymi położyła się spać i odczepiłam jej flamastry, którymi obwiesiła dekolt bluzki. Fakt, że jedno i drugie leżało na stole, nie miał znaczenia. Zła matka "zabrałaś!!!" i koniec.
Żeby nie wyskoczyć z balkonu, w jakimś dzikim szale i akompaniamencie wycia pościeliłam łóżko, poodkurzałam, wysprzątałam kuwetę i nawet umyłam naczynia, a na końcu swoją głowę.
Posiadanie dzieci jest jednak czasem tak cholernie niewdzięcznym stanem...
Teraz czytam mądre książki, opracowuję sobie co ważniejsze zagadnienia i zastanawiam się, czy Młoda da się wyciągnąć na krótki spacer z psami za jakiś czas. Nie mam wyboru. Psy wyjść muszą, Młody po lekcjach idzie do kumpla, Pit wraca wieczorem, samej jej nie zostawię. Obawiam się, że okupimy to znów godzinnym darciem japy.
Czy nie było jakichś łatwiejszych do wychowania dzieci, żeby mi przydzielić? Czy to złośliwość losu jakaś? Przecież los też powinien wiedzieć, że dla mnie najgorszą torturą (poza bólem fizycznym) jest hałas.
Od razu robię się cała mokra, zaczyna mnie boleć w klatce piersiowej - to z hamowania emocji, gdybym nie hamowała, mogłabym ten dom roznieść na strzępy w takich chwilach, tymczasem spokojnie przemawiam i tłumaczę, a w środku mi serce szaleje.
Całe te okoliczności sprawiają, że siedzenie w domu wcale nie jest takie przyjemne.
Na szczęście to już nie jest frustracja. To tylko zmęczenie. Jakoś przetrwać trzeba, nie?
Tyle u mnie. Stan na godzinę 12:12.
A u Was?
Dziś o poranku przywitała mnie godzinną histerią, bo śmiałam w nocy zabrać z łóżka budowle z klocków lego, z którymi położyła się spać i odczepiłam jej flamastry, którymi obwiesiła dekolt bluzki. Fakt, że jedno i drugie leżało na stole, nie miał znaczenia. Zła matka "zabrałaś!!!" i koniec.
Żeby nie wyskoczyć z balkonu, w jakimś dzikim szale i akompaniamencie wycia pościeliłam łóżko, poodkurzałam, wysprzątałam kuwetę i nawet umyłam naczynia, a na końcu swoją głowę.
Posiadanie dzieci jest jednak czasem tak cholernie niewdzięcznym stanem...
Teraz czytam mądre książki, opracowuję sobie co ważniejsze zagadnienia i zastanawiam się, czy Młoda da się wyciągnąć na krótki spacer z psami za jakiś czas. Nie mam wyboru. Psy wyjść muszą, Młody po lekcjach idzie do kumpla, Pit wraca wieczorem, samej jej nie zostawię. Obawiam się, że okupimy to znów godzinnym darciem japy.
Czy nie było jakichś łatwiejszych do wychowania dzieci, żeby mi przydzielić? Czy to złośliwość losu jakaś? Przecież los też powinien wiedzieć, że dla mnie najgorszą torturą (poza bólem fizycznym) jest hałas.
Od razu robię się cała mokra, zaczyna mnie boleć w klatce piersiowej - to z hamowania emocji, gdybym nie hamowała, mogłabym ten dom roznieść na strzępy w takich chwilach, tymczasem spokojnie przemawiam i tłumaczę, a w środku mi serce szaleje.
Całe te okoliczności sprawiają, że siedzenie w domu wcale nie jest takie przyjemne.
Na szczęście to już nie jest frustracja. To tylko zmęczenie. Jakoś przetrwać trzeba, nie?
Tyle u mnie. Stan na godzinę 12:12.
A u Was?
...
Bronka zawsze wykazywała sympatie narodowościowe. Tak, od zawsze jest patriotką
a Pączek świrem. Ale pięknym :)
środa, 14 grudnia 2011
Wstałam z bólem głowy, który nie mija
Myślę, że Mała sprzedała mi zarazę. Przynajmniej jakąś część. Trudno.
Siedzimy w domu, chłopaki sami pójdą na jasełka do szkoły.
Nie mam warunków, by się skupić i napisać jakąś mądrzejszą notatkę, nie mam też warunków, by przeczytać coś dłuższego. Nawet książki ostatnio czytam na wyrywki. W tempie: dwie strony nad zupą, jedna w wc...
Dlatego brak mi blogów, które byłyby często uaktualniane i nie byłyby moimi blogami :) A do tego były fajne, no! HELP (żebym mogła zajrzeć kilka razy dziennie, poczytać nowe komentarze i zobaczyć życie z perspektywy innego człowieka. Gdzie Wy zaglądacie w tym celu?)
Od pisania tych kilku zdań byłam odrywana trzy razy.
Tak to jest, jak ma się córkę pełną pomysłów,
Która czasem jest gołębiem
A czasem pingwinem
Siedzimy w domu, chłopaki sami pójdą na jasełka do szkoły.
Nie mam warunków, by się skupić i napisać jakąś mądrzejszą notatkę, nie mam też warunków, by przeczytać coś dłuższego. Nawet książki ostatnio czytam na wyrywki. W tempie: dwie strony nad zupą, jedna w wc...
Dlatego brak mi blogów, które byłyby często uaktualniane i nie byłyby moimi blogami :) A do tego były fajne, no! HELP (żebym mogła zajrzeć kilka razy dziennie, poczytać nowe komentarze i zobaczyć życie z perspektywy innego człowieka. Gdzie Wy zaglądacie w tym celu?)
Od pisania tych kilku zdań byłam odrywana trzy razy.
Tak to jest, jak ma się córkę pełną pomysłów,
Która czasem jest gołębiem
A czasem pingwinem
zajęcia domowe i złapani na uczynku
chachy to bardzo poważna gra
Ręce mi się trzęsły , bo odkąd stado większe, to bardzo rzadki widok. Ale złapałam chłopaków na gorącym uczynku :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















